Krwawa Rozalia Ziemliaczka (Załkind) – wybitna czerwona żydowica


Źródło : www.anvictory.org/blog/2011/07/04/krovavaya-rozaliya-zemlyachka-zalkind/

Data publikacji : 4.07.2011

Tłum. RX

Żydowski potwór Rozalia Załkind (Ziemliaczka)

Władza sowiecka ustanowiona na Krymie po ucieczce sił Wrangla, zaznaczyła swoje panowanie jedną z najstraszliwszych tragedii naszych czasów. W stosunkowo krótkim czasie w najokrutniejszy sposób dokonano rzezi na ogromnej liczbie byłych wojskowych Białej Armii, którzy zaufali nowej władzy i nie porzucili ojczyzny. Okrucieństwo to miało także twarz kobiecą… Czasami Ziemliaczkę pytano jak ona, dziewczyna z burżuazyjnej rodziny, została rewolucjonistką? Kto nakłonił ją, młodą gimnazjalistkę z kręconymi czarnymi włosami i szarymi, ciekawymi oczami do nienawiści w stosunku do członków własnej klasy z której pochodziła?

Urodziła się w 1876 roku. Przedsiębiorczy człowiek (żyd-tłum.) Samuel Markowicz Załkind posiadał w Kijowie doskonale dochodową kamienicę a jego sklep galanteryjny był w mieście uważany za jeden z największych i najlepszych. Chciał zapewnić dzieciom jak najlepszą przyszłość a one wyuczyły się na inżynierów i adwokatów. Ale niestety nie pragnęły tego samego co ojciec.

Pomyślność swojego kraju rodzinnego widziały one w rewolucji, nawet w jej ekstremalnych i potwornych formach. Wszystkie dzieci Samuela Załkinda przeszły carskie więzienia. Tak że kupiec pierwszej gildii Załkind był w związku z tym zmuszony wpłacać kaucję to za jednego to za drugiego syna. Ale najbardziej w rodzinie kochana była Roza. Była ona bardzo zdolna, bardzo niecierpliwa, bardzo wnikliwa i nawet bracia przyznawali, że bardzo inteligentna. Rzadko spotykana poważna dziewczyna łapczywie czytała wszystko co jej wpadło w ręce. Ale powieści nie pociągały jej tak jak inne książki. Tołstoj, Turgieniew? Anna Karenina wywołała w niej potencjalne współczucie a Lizę Kalitinę osądziła nawet następująco: „Poszłabyś ty gołąbeczko nie do klasztoru raczej a do rewolucji, tam twoje, z twoją zasadniczością, było miejsce…”.

Z ciekawością czytała prace historyczne, socjologiczne, uważając naukową analizę zjawisk życia za poetyckie emocje. I tak już Roza wyjaśnia robotnikom „Kapitał” Karola Marksa.

W 1894 roku Roza po ukończeniu gimnazjum wstąpiła na uniwersytet w Lyonie na Wydział Medyczny. Szukała czegoś na miarę swoich sił. Znajomy student dał jej do przeczytania broszurę W. Ulianowa „Kim są „przyjaciele ludu”…”. I wkrótce Roza Załkind wstąpiła do kijowskiej organizacji socjal-demokratycznej zostając zawodową rewolucjonistką.

Rok później Ziemliaczkę, taki teraz miała rewolucyjny pseudonim, aresztowano. W sprawozdaniach agentów kijowskiej tajnej policji donoszono, że córka kupca pierwszej gildii Rozalia Załkind czyta robotnikom wykłady na temat ruchu rewolucyjnego, że ona w mieszkaniu akuszerki Sziszińskiej własnoręcznie szyła sztandar w kolorze czerwonym na pierwszomajową demonstrację. Nie udało jej się uniknąć więzienia. Więzienie zastąpiła zsyłka na Syberię. Na zesłaniu Ziemliaczka wyszła za mąż i nabyła jeszcze jedno nazwisko- „Berlin”. Z zesłania uciekła sama, mąż został na Syberii i wkrótce zmarł.

Później i ona sama nie potrafiła określić przyczyny dla której wyszła za mąż, czy to była sympatia do towarzysza walki, czy to była chęć wsparcia słabszego towarzysza? Przez trzy lata pobytu w więzieniu i na zesłaniu, ruch rewolucyjny w Rosji uzyskał nową jakość, natchnieniem, organizatorem i przywódcą był Lenin. Ziemliaczka przyjechała do Jekatierinosławia. Tam próbowała nawiązac kontakty z Kijowem i znowu ściągnęła na siebie uwagę policji. Musiała przenieść się do Połtawy gdzie była nieduża grupa socjal-demokratów pod nadzorem policji, a następnie na polecenie redakcji „Iskry” ruszyła do Odessy. Z Odessy Ziemliaczkę wezwano za granicę do złożenia sprawozdania z postępów w walce gazety „Iskry”. W swoich wspomnieniach Ziemliaczka pisała, że pierwszy raz spotkała się z Leninem (żyd Blank- tłum.) nie w Zurichu i nie w Bernie. W rzeczywistości poznała Lenina w Monachium. Zachowała się jej fotografia z tego okresu. Pociągła twarz, lekko kręcone ale gładko zaczesane włosy, wyraźnie zarysowane brwi, niewielkie inteligentne oczy, prosty nos i to co ją wyróżniało z tłumu innych kobiet, czyli wysokie, męskie czoło i badawczy przenikliwy wzrok. Czas spędzony w więzieniach uczynił ją bezlitosną, czasami wręcz patologicznie. Nowa ksywa partyjna, Demon, jak żadna inna, pasowała do niej. Ziemliaczka wróciła z Monachium do Odessy skąd skierowano ja do Jekatierinosławia. Tam było niebezpiecznie i niepewnie. Obawiając się aresztowania udała się do Genewy. Po powrocie do Rosji w 1905 roku została wprowadzona do kierownictwa Moskiewskiego Komitetu RSDRP. Brała aktywny udział w organizacji rewolucji 1905 roku i w walkach grudniowych w Moskwie. Zdobyła pierwsze doświadczenie w strzelaniu do carskich wojsk co okazało się później bardzo przydatne na Krymie w czasie rozstrzeliwań oficerów armii generała Wrangla. Po zwycięstwie rewolucji kierownictwo partii powierzylo jej bardzo odpowiedzialną pracę. W końcu 1918 roku kiedy sytuacja na froncie południowym bardzo się skomplikowała, skierowano ją do Armii Czerwonej początkowo na stanowisko komisarza brygady a następnie na stanowisko szefa wydziałów politycznych 8 i 13 armii frontu południowego. Były to zdemoralizowane i niezdolne do boju jednostki wojskowe.

Armię trzeba było klecić od nowa, wybierać dowódców i politycznych działaczy, trybiki tej strasznej maszyny, która dzięki takim jak Rozalia, „płomiennym rewolucjonistom” przejechała przez Rosję zostawiając za sobą krwawe pustynie. Dzień pracy Ziemliaczki dochodził nawet do dwudziestu godzin, nie szczędziła siebie i żądała tego samego od innych, nie myśląc przy tym specjalnie o sposobach przymusu, nie powstrzymując się przed środkami najbrutalniejszymi.

Za zasługi w dziele wychowania politycznego i poprawy zdolności bojowej Armii Czerwonej Rozalia Ziemliaczka została odzanaczona w 1921 roku Orderem Czerwonego Sztandaru. Była pierwszą kobietą, która otrzymała takie odznaczenie.

Demon wyrwał się na wolność.

W 1920 roku opuściła Krym Biała Armia generała Wrangla, ale dziesiątki tysięcy żołnierzy i oficerów odmówiły opuszczenia kraju, tym bardziej, że Frunze w ulotkach obiecywał tym, którzy pozostaną, życie na wolności. Bardzo wielu pozostało. Z rozkazu Lenina na Krym „w celu przywrócenia porządku” skierowano, z praktycznie nieograniczonymi pełnomocnictwami, dwoje „żelaznych bolszewików” fanatycznie oddanych sowieckiej władzy i jednakowo nienawidzących jej wrogów: Rozalię Ziemliaczkę, która została sekretarzem krymskiego Obkomu Partii Bolszewickiej i „węgierskiego” (żyda Kohn’a -tłum.) kominternowca Bela Kuna, wyznaczonego na specjalnego pełnomocnika ds. Krymu. 35-letni Bela Kun , były jeniec wojenny z Armii Austro- Węgierskiej zdążył do tego czasu ogłosić powstanie Węgierskiej Republiki Sowieckiej, która zachłysnęła się krwią, po czym przyjechał „robić rewolucję” w Rosji. Krym przekazano w ręce Beli Kuna i Rozalii Samuiłowny Ziemliaczki. Triumfujący zwycięzcy zaprosili do objęcia stanowiska Przewodniczącego Rewolucyjno-wojskowej Rady Sowieckiej Republiki Krymu Lwa Dawidowicza Trockiego (żyda Leona Bronsteina-tłum.) ale on odpowiedział: „Ja przyjadę na Krym dopiero kiedy na jego terytorium nie będzie ani jednego Białogwardzisty”. Przywódcy czerwonego Krymu odebrali to nie jako wskazówkę ale jako rozkaz i impuls do działania. Bela Kun i Ziemliaczka wpadli na pomysł żeby nie tylko wymordować jeńców ale także tych pozostających jeszcze na wolności. Wydano zarządzenie, że wszyscy byli wojskowi Armii Imperium Rosyjskiego i Białej Armii muszą koniecznie zarejestrować się z podaniem nazwiska, stopnia wojskowego i adresu.

Dzieło rąk żydobolszewickiej władzy na Krymie

Za unikanie rejestracji przewidziano karę rozstrzelania. Nie ogłoszono tylko, że wszyscy zarejestrowani będą także wymordowani. Przy pomocy tej prawdziwie diabelskiej pułapki schwytano jeszcze kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Aresztowano ich w ich domach nocami, pojedynczo, wyprowadzano w odludne miejsca i bez sądu rozstrzeliwano według sporządzonych wcześniej list.

Rozpoczęło się obłędne, krwawe zabijanie wszystkich, którzy złożyli broń i pozostali na ziemi ojczystej. Obecnie podaje się różne liczby. Siedem, trzydzieści a nawet siedemdziesiąt tysięcy.

Ale nawet jeśli tylko siedem tysięcy, to rozstrzelanie tych siedmiu tysięcy jest także ogromną robotą. I tutaj objawiło się patologiczne okrucieństwo latami wrzące pod przykryciem w osobie Rozalii Załkind. Demon wyrwał się na swobodę.

Żydówka Ziemliaczka-Załkind jasno oświadczyła: „Szkoda na nich tracić naboje, trzeba topić ich w morzu.”. Najlepszą charakterystykę Rozalii Załkind przedstawił później A. I. Sołżenicyn, nazywając ją „Furią czerwonego terroru”. Ludobójstwo przyjmowało koszmarne formy, skazanych ładowano na barki, wypływano na pełne morze i tam wyrzucano za burtę skazanych z uwiązanymi do nóg kamieniami. Długo jeszcze przez czystą toń morza widać było stojące na dnie ciała topielców, całe ich rzędy i szeregi. Mówiło się, że znużona „papierkową” pracą Rozalia lubiła „popracować” przy karabinie maszynowym. Naoczni świadkowie wspominali:„Obrzeża miasta Symferopola były przepełnione smrodem rozkładających się ciał rozstrzelanych

żydo-czekiści przenoszą kobiece trupy swoich ofiar

ludzi, których nie przysypywano nawet ziemią. Doły za Woroncowskimi Ogrodami i cieplarnie w majątku Krymtajewa były zapełnione trupami rozstrzelanych, cienko przysypanych ziemią a czerwoni kadeci szkoły kawaleryjskiej (przyszli czerwoni dowódcy) jeździli półtora wiorsty od swoich koszar (na te pola śmierci- tłum.), żeby wybijać kamieniami złote zęby z ust pomordowanych, przy czym te wyprawy zawsze kończyły się wielkim łupem”. Podczas pierwszej zimy rozstrzelano 96 tysięcy ludzi z 800 tysięcy ludności Krymu. Ubojo-masakra trwała miesiącami. 28-go listopada gazeta „Wiadomości Tymczasowego Sewastopolskiego Komitetu Rewolucyjnego” opublikowała pierwszy spis rozstrzelanych- 1634 ludzi, 30-go listopada drugi spis- 1202 ludzi. Przez tydzień tylko w Sewastopolu Bela Kun rozstrzelał ponad 8000 ludzi a takie masakry odbywały się na całym Krymie, kulomioty pracowały dzień i noc. Rozalia Ziemliaczka tak gospodarowała na Krymie, że Morze Czarne poczerwieniało od krwi. Gwoli sprawiedliwości trzeba zauważyć, że Ziemliaczka nie była jedyną „Furią czerwonego terroru”. Znawca kobiecej duszy Mirabeau powiedział swego czasu z okazji rewolucji w Paryżu, że „jeśli kobiety nie wezmą udziału w sprawie, to z tego nic nie wyjdzie”. W Rosji kobiety wdały się w sprawę na poważnie. Ziemliaczka na Krymie. Konkordia Gromowa w Jekatierinosławiu. „Towaszyszka Roza” w Kijowie. Jewgienija Bosz (Bosch?-tłum.) w Penzie. Jakowliewa i Jeliena Stasowa w Petersburgu. Była felczerka Riebieka Miejziel-Płastinina (Rebeka Meisel- tłum.) w Archangielsku. Nadieżda Ostrowskaja w Sewastopolu. Ta szczuplutka nauczycielka z nędzną twarzą, pisząca o sobie, że „jej dusza zżyma się jak mimoza od jakiegokolwiek gwałtownego dotknięcia”, była główną osobistością Czeka w Sewastopolu, kiedy rozstrzeliwano i topiono w Morzu Czarnym oficerów, przywiązując ich do różnych obciążników.

Straszliwa rzeź oficerów pod dowództwem Ziemliaczki spowodowałaby drżenie u bardzo wielu.

Także bez sądu i dochodzenia rozstrzeliwano kobiety, dzieci i starców. Masowe mordy zyskały tak szeroki rezonans, że WCIK (Wszechrosyjski Centralny Komitet Wykonawczy) utworzył specjalną komisję dochodzeniową. I wtedy wszyscy „szczególnie wyróżniający się” komendanci miast okazali na swoje usprawiedliwienie telegramy Beli Kuna i Rozalii Ziemliaczki podżegające do masowych egzekucji i sprawozdania dotyczące ilości niewinnie pomordowanych. Koniec końców

tę całkowicie nie „rozkoszną” parę trzeba było zabrać z Krymu.

Nie tknął jej nawet Beria.

W latach 1921-1924 Rozalia Samuiłowna była sekretarzem Zamoskiewskiego Komitetu Rejonowego Partii w Moskwie, następnie członkiem Południowo-Wschodniego Biura KC RKP(b).

W 1925 roku wysłano ją do pracy w guberni permskiej a następnie w 1933 roku mianowano ją członkiem kolegium Komitetu Ludowego Robotniczo-Chłopskiej Inspekcji ZSRR.

Na tym stanowisku do jej obowiązków należała kontrola pracy organów państwowych, w tym prokuratury, armii i floty. W czasie masowych represji w 1937 roku Ziemliaczka była zastępcą Przewodniczącego Komisji Kontroli Sowieckiej a następnie Przewodniczącą tejże Komisji.

„Wielka Czystka” w Partii doprowadziła do tego, że w maju 1939 roku wyznaczono ją zastępcą Przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych ZSRR. Jednakże z biegiem czasu Rozalia stopniowo pełniła drugorzędną rolę. W 1943 roku przesunięto ją z tego stanowiska i skierowano do tej pracy, która najlepiej jej wychodziła. Rozalia została zastępcą Przewodniczącego Komisji Kontroli Partyjnej przy KC WKP(b). Ciekawe, że kiedy w 1939 roku pogrom dotknął i Komisję Kontroli Sowieckiej przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR to Przewodniczącej tej Komisji Rozalii Ziemliaczki Beria nie tknął. Widocznie Stalin był usatysfakcjonowany jej entuzjazmem do walki z „wrogami ludu”. Całe życie ubóstwiała ona Lenina i nawet napisała niezwykle tendencyjne „Wspomnienia o W. I. Leninie”. Zawsze i w stosunku do wszystkich była oschła i zamknięta i, można powiedzieć, całkiem pozbawiona życia osobistego. Wielu uważało ją za obojętną, a większość bała się jej i nienawidziła. Jeden z weteranów Partii, „ostatni mohikanin” przedrewolucyjnej RS DPR opowiadając o bolszewiczce Rozalii Ziemliaczce, przez długie lata kierującej organami partyjnej i sowieckiej kontroli, tak ocenił jedną z jej cech: „Kogo pokocha, dla tego i ziemlaczka (rodaczka-tłum.), kogo nie polubi dla tego ból.”.

Ziemliaczka zmarła w 1947 roku. Jej prochy, jak wielu innych oprawców narodu rosyjskiego, pogrzebane są pod murem kremlowskim.

Siergiej CZIENNYK

żydo-czekistowskie zabawy w przerwie po cięzkiej pracy wyzwalania proletariatu

komentarzy 7 to “Krwawa Rozalia Ziemliaczka (Załkind) – wybitna czerwona żydowica”

  1. Ość Says:

    Czego to żydowskie bydło nie wymyśli. Gdzie się pojawią to nieszczęścia, zbrodnie, wynaturzenie, okrucieństwo. Oni nieświadomie pokazuję jak z nimi postępować należy.

    Oni są jakąś koszmarna pomyłką stwórcy. Przecież Hitlerowcy (nie bronię ich) to przy nich niewinne dzieciaki.

  2. maxdylag@gmail.com Says:

    Przerazajace sa te historyczne juz fakty, juz nawet nie mam w tej chwili ochoty podkreslac czego, ale czuje potrzebe podkreslenie przez KOGO i postanowilem wkleic niejako polski watek tej straszliwej opowiesci o zbrodniach zydokomuny w ”utrwalania wladzy”.
    Jednoczesnie przepraszam jesli juz ten watek zostal na tym forum ukazany.
    Nie mam, sil zeby to sprawdzac po przeczytaniu o ”Ziemliaczkiej” BESTII.

    BEZ STRACHU – MORZE CZARNE
    TOM I [ CZĘŚĆ XI ] – Rozdział X
    Albin Siwak
    Opracowanie – „Patriotyczny Ruch Polski”
    http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=33&Itemid=49

    Często zastanawiałem się, kto i dlaczego nazwał Morze Czarne właśnie w ten sposób.
    Bo z perspektywy pobliskich gór i wzniesień, jakie otaczają morze na Krymie, wcale nie wyglądało ono jak czarne. O każdej porze dnia, bez względu na pogodę i miejsce obserwacji, wszyscy mówili, że jest ciemnoniebieskie. Ja też byłem tego zdania, aż do chwili, gdy usłyszałem następującą historię z nim związaną.

    Będąc na Krymie w ramach tak zwanego pociągu przyjażni poznałem wiele Polek i Polaków, których los jeszcze za czasów carskich zniósł na Daleki Wschód. Byli to zesłańcy, którzy odważyli się nie zgadzać z carską niewolą i próbowali różnej formy walki z uciskiem cara. lch ojcowie w Polsce podjęli tę walkę, często nie zdając sobie sprawy, że wierne carowi służby, żeby wybrać z tłumu przywódców i patriotów, same wprowadzały w ich szeregi swoich ludzi.

    Ci mieli za zadanie robić wszystko, żeby doprowadzić do wyjścia na ulice i wybuchu do powstania, bo tylko wtedy, można było rozpoznać, kto nim kieruje. Wcześniej osoby, które stały na czele grup i związków patriotów, były dobrze zakonspirowane i tylko wąska grupa najbliższych współpracowników znała nazwiska przywódców. Ale gdy dochodziło do powstania, wówczas przywódcy stawali na czele i wtedy właśnie byli rozpoznawani. Metodę wywoływania powstań i rozszyfrowywania w ten sposób, kto jest inspiratorem buntów w Polsce, przekazał polski Żyd, który w tych czasach miał w Łodzi największe fabryki tekstylne. Jego zakłady dostarczały na potrzeby armii carskiej duże ilości sukna i materiałów na mundury i szynele. Ale zakłady te – jako nieliczne w Europie w tym czasie – produkowały już piękny jedwab i aksamit oraz całą gamę kolorowych wstążek. Dwór carski od dawna kupował i jeden, i drugi z tych towarów. Z racji dużych sum pieniędzy, jakie przekazywano za te materiały, właściciel często bywał w Rosji i było o nim głośno z racji jego bogactwa i przepychu, jakim się otaczał. Żydzi w tym czasie byli jako naród prześladowani tak w całej Rosji, jak i krajach zajętych przez Rosję, ale nie dotyczyło to osób pokroju tego polskiego Żyda. Doradcy carscy donieśli carowi, że to wyjątkowo mądry Żyd i dobrze by było z nim porozmawiać o Polsce, bo przecież on tam żyje i produkuje, a że Polaków nie lubi, to pewnie podpowie, jak walczyć z buntownikami w Polsce. Zaproszono więc Żyda do cara i w trakcie rozmowy zapytano się, co on by zrobił, żeby trzymać za mordę tych polskich buntowników.

    Ku zdumieniu cara i jego otoczenia Żyd powiedział, że na miejscu cara sam wywoływałby te powstania: – – – „Normalnie nie możecie wyłapać przywódców którzy buntują ludzi, gdyż są zakonspirowani i chronieni. Ale gdy już wybuchnie powstanie to przywódcy stają na czele tego buntu i widać ich, gdyż zagrzewają i kierują tymi walkami” – przekonywał.
    Wielu znających tę historię ludzi mówiło, że carowi ten pomysł bardzo się spodobał, nakazał więc dobrze płacić tym, którzy wejdą w szeregi zbuntowanych i doprowadzać będą do częstych powstań, czyli jak wtedy mówili zaborcy – buntów.

    Patrząc z perspektywy historycznej, to tylko powstania na Śląsku możemy zaliczyć do udanych. Wszystkie inne kończyły się klęską i ofiarami, po każdym takim powstaniu pędzono pieszo, bez względu na pogodę, wielkie kolumny polskich zesłańców na Sybir. Wielu padało z zimna i głodu po drodze, ale jakaś część doszła, a dziś znamy z licznych opisanych historii – jak tam żyli i co robili.

    Wiemy, że sporo uciekło, ale nie do Polski, tylko do Ameryki i wielu innych krajów.

    Mało natomiast wiemy o tych, którym w ramach carskiej łaski udało się wydostać z Syberii i żyli rozrzuceni w różnych republikach radzieckich. Jasno trzeba powiedzieć, że z reguły nie była to „łaska carska”, a wynikało to raczej z potrzeb gospodarki, nauki lub techniki.

    Wielu spośród zesłańców byli to przecież ludzie wykształceni, bo na przykład ci, którzy uciekli do Ameryki, zasłynęli tam jako naukowcy rozwiązujący różne problemy w gospodarce i technice. Rosja zaś w tych czasach różniła się bardzo od Europy i świata i za czasów Związku Radzieckiego mieliśmy liczne dowody tego jak bardzo są zacofani w wielu dziedzinach. Doradcy zaproponowali carowi tak zwane ułaskawienia, ale bez powrotu do Polski, przez co wielu byłych zesłańców po tym dekrecie żyło rozrzuconych po całym kontynencie rosyjskim. Byli wykładowcami na uczelniach, kierowali zespołami ludzi w fabrykach.

    Byli też na Krymie.

    Zapoznałem tam rodzinę polską, z którą nie tylko się zaprzyjażnilem, ale pomogłem im wrócić do Polski. Pierwszy raz zetknąłem się z nimi w Jałcie na koncercie, jaki my Polacy daliśmy dla miejscowej ludności.

    Gdy zeszliśmy ze sceny, podszedł do mnie człowiek i ze łzami w oczach powiedział po polsku:
    – „Panie, mój ojciec to śpiewa. My jesteśmy Polacy. Żona też i dzieci”.

    Tak prosił, żeby koniecznie zobaczyć jego ojca ze w końcu uległem i pojechałem z nimi do ich domu.

    Ojciec już nie chodził, jeździł na wózku inwalidzkim, który syn mu sam zrobił z rowera.
    – „Panie – mówił starzec – nogi mi połamało w morzu. Byłem nurkiem. Ja i mój brat. Brat zginął przy mnie w morzu”.

    Zaczął mówić chaotycznie, nerwowo, jakby chciał, żebym jak najwięcej z tego co on nosi w sobie usłyszał. Ale tego dnia nie mogłem być u nich długo, raz z tego powodu, że przywieźli mnie samochodem radzieccy ludzie i byli świadkami tej rozmowy, mogłem więc narazić na kłopoty i siebie i ich rodzinę, a po drugie dlatego, że mieliśmy jeszcze tego samego wieczoru jechać dalej na Krym.

    Widząc, że starzec płacze, obiecałem, że przyjadę do nich w drodze powrotnej, czyli za dwa tygodnie. I tak było. Gdy ponownie zamieszkaliśmy w Jałcie i mieliśmy wolne popołudnie od zorganizowanego zwiedzania i wycieczek, więc wsiadłem w trolejbus i pojechałem do nich. Nie ukrywali przede mną, że nie wierzyli, iż ponownie do nich przyjadę. Tym bardziej cieszyli się, a szczególnie ojciec tego, który był na koncercie.

    Musiałem zjeść z nimi obiad i wysłuchać najstarszego w rodzinie.

    – „Pewnie się Pan dziwi, skąd myśmy się wzięli na Krymie” – zagadnął.

    – ” Na Krym nikogo nie zsyłano za bunty w Polsce. Przecież tu są lepsze warunki życia niż na Syberii, jest ciepło, są tanie owoce i warzywa” – powiedziałem.

    Ale nie dał mi mówić dalej.
    – „Panie, to tak nie było, jak Pan myśli. Nie było tak za cara, jak jest tu teraz. A nas przywieziono tu nie za cara, żeby Pan pamiętał. Jeszcze przed rewolucją, tą w 1917 r. Przyjeżdżali do nas na Syberię carscy urzędnicy z policją i szukali ludzi zdrowych. Wtedy miałem dwadzieścia pięć lat. Byłem bardzo zdrowy. Brat o rok młodszy też był wyjątkowo zdrowy. Ojciec i matka mieli około pięćdziesiątki, ale trzymali się dość dobrze. Nie mówili, po co szukają takich zdrowych młodych mężczyzn. Zabrali nas obu, a rodzice zostali na Syberii. Żadne płacze i protesty nie pomogły. Przewieziono nas i paru innych do bazy marynarki wojennej w Kronsztacie, lekarze przez parę dni robili nam badania. Wreszcie zrozumieliśmy, o co im chodzi, tu uczono nurków morskich. Zaczęto nas ubierać w skafandry i spuszczać pod wodę, coraz głębiej i dłużej. Nie wszyscy tę naukę wytrzymali, wielu zmarło po tych eksperymentach. My z bratem szczęśliwie przeszliśmy dobrze wszystkie próby i egzaminy. Byliśmy skoszarowani jako żołnierze, ale z ograniczoną wolnością, nie wolno nam było wychodzić na miasto i brać udziału w uroczystościach, jakie się tu odbywały.
    To był czas tuż przed wybuchem rewolucji, która przecież tu miała swoją kolebkę, tu właśnie strzelała Aurora, rozpoczynając rewolucję. Tu także powstała pierwsza władza radziecka, co prawda nie kierował nią Lenin, a Trocki, ale niedługo gdyż go obalono i Lenin ze swą radą zaczęli stąd rządzić. Po tej rewolucji byliśmy niby wolnymi ludźmi, ale nie na tyle, żeby na przykład wsiąść w pociąg i pojechać do rodziców bądź ich ściągnąć do nas. Takiej wolności nie było. Mimo, że obaj z bratem pisaliśmy prośby i podania, żeby zabrać rodziców z Syberii do siebie, władza ciągle odpowiadała odmownie. Ja poznałem tu Polkę i ożeniłem się, a brat był kawalerem.
    Żyliśmy bardzo skromnie, bo caly czas nie wypuszczano nas z wojska. Ratowało nas to, że pracowaliśmy w porcie lub na morzu i mieliśmy kolegów rybaków, którym uwalnialiśmy sieci rybackie zaczepione podczas połowu o wraki leżących na dnie okrętów, a oni odwdzięczali się nam rybami. Tak było kilka lat i my tu, w Leningradzie, bo tak nazwano miasto, nie mieliśmy pojęcia, że nie cały Związek Radziecki jest pod władzą radziecką. Tego nikt nie pisał, nie mówiło o tym radio.
    Po siedmiu latach od wybuchu rewolucji październikowej kazano nam z bratem i moją rodziną pakować się gdyż przenoszą nas na Krym. Okazało się, czego nie wiedzieliśmy, że dopiero teraz wojska Armii Czerwonej wyzwoliły Krym i że są bardzo potrzebni nurkowie w Jałcie. Obaj z bratem otrzymaliśmy domki jednorodzinne, stare, bo mieszkali w nich miejscowi Tatarzy, których krótko przed naszym przywiezieniem tu rozwieziono rodzinami po całym terytorium Związku Radzieckiego. Stalin kazał rozproszyć ludność, która tu zamieszkiwała od dawna, z daleka od Krymu.
    Jeśli teraz ktoś patrzy na stare pałace hrabiego Woroncowa lub innych rosyjskich bogaczy czy na nowe, budujące się sanatoria i myśli, jak tu pięknie i dobrze, to się bardzo myli. Na Krym zwożono w dawnych czasach skazańców do pracy, a i dziś dalej od morza, gdzie są tereny bardzo mokre, gdzie panuje malaria i różne choroby, tam też pracują więźniowie – mówił mi były nurek, obecnie inwalida na wózku.
    – Ja musiałem przejść na rentę, a później emeryturę. To dla mnie straszna tragedia, do dziś śni mi się często to, co widziałem na dnie morza. Budzę się wtedy i modlę za tych, których tam widziałem i za brata. Proszę Boga, żeby więcej mi nie przypominał, tego, co przeżyłem w morzu. Boję się tego bardzo, ale nie chcę mówić – nie mogę, nie można teraz jeszcze” – powtarzał.

    Więcej na ten temat mówić nie chciał. Zaczął mnie bardzo prosić żebym pomógł jego synowi wrócić do Polski.
    – „Ja stary jestem i chory, mogę już tu zostać i umrzeć, bo tu leży na cmentarzu mój brat. Zostanę, żeby jemu było raźniej. Ale, jeśli pan może, to błagam pana na Boga. Pomóż Pan staremu człowiekowi” – głos zamarł mu w gardle i łzy płynęły z oczu.

    Nie mogłem spokojnie patrzeć, bo i mnie dusiło coś w gardle. Wziąłem od nich wszystkie dane dotyczące całej ich rodziny, włącznie z danymi inwalidy, chociaż on się od tego wzbraniał.

    Był rok 1971, ja z kolei byłem wówczas mało znaczącym działaczem w partii. Przypomnę, że wstąpiłem do partii w 1968 roku i zaraz mnie wywalili. Następnie w niedługim czasie przyjęli i wtedy zaczynała się dopiero moja droga z partią. Natomiast w związkach zawodowych byłem jednak już znanym działaczem i zdążyłem pełnić szereg społecznych, ale wysokich funkcji.

    Zastanawiałem się, do kogo się zwrócić, żeby pomóc tym ludziom na Krymie.
    W tym czasie, za Gomułki było już podpisane porozumienie ze stroną radziecką o tak zwanej repatriacji ludzi narodowości polskiej. Gomułka wymógł to, najpierw u Chruszczowa, a później i Breżniew akceptował te powroty do ojczyzny. Tyle że cały czas było to obwarowane konkretnymi przepisami, jeśli na przykład zawód tego, który chce wrócić do Polski, był dla gospodarki kraju niezbędny, to nie dostawał pozwolenia na powrót do Polski.
    Nie mieli trudności ludzie pracujący w kołchozach, ci mogli wracać.
    W sprawie którą wspierałem, syn inwalidy też był nurkiem, a to zawód deficytowy, więc ludzie o takim fachu nie dostawali pozwoleń na opuszczenie Związku Radzieckiego.

    Dopiero w latach siedemdziesiątych w drugiej połowie dekady, gdy najpierw zostałem zastępcą członka KC, a później już członkiem, otworzyły się większe możliwości, żeby pomóc tym na Krymie. W ich imieniu złożyłem prośbę do władz radzieckich. Parę miesięcy nie odpowiadali, myślałem, że wyrzucili tę sprawę do kosza, ale kiedy byłem w Moskwie z delegacją Komitetu Centralnego, zostałem poproszony na rozmowę.

    Do hotelu, w którym byliśmy zakwaterowani, przyjechało specjalnie dwóch urzędników, przedstawili się, że są z urzędu, który rozpatruje wnioski i pozwolenia na opuszczenie Związku Radzieckiego. W bardzo uprzejmej rozmowie dopytywali się, co mnie łączy z tymi ludźmi, dlaczego osobiście napisałem prośbę o zgodę na ich wyjazd, od kiedy ich znam i zadawali cały szereg, według mnie głupich, pytań.
    – „Ujęli mnie wielką miłością do ojczyzny, to raz, a po drugie należę do tych ludzi, których można ująć za serce – wbrew temu, co się o mnie mówi, że podobno jestem twardy. Każdy ma czułą strunę w sobie, trzeba tylko wiedzieć jak ją poruszyć. To cała moja odpowiedź i jeśli od was to zależy, to proszę napiszcie tak, żeby ci ludzie mogli do Polski wrócić. Bardzo was o to proszę” – podkreślałem kilka razy.

    Myślałem, że trzeba będzie znów czekać parę miesięcy, ale stało się inaczej.
    W trzy tygodnie po tym przesłuchaniu w Moskwie, otrzymałem na adres członka KC zawiadomienie, że pociągiem turystycznym Semferopol-Berlin w dniu takim a takim przyjadą do Warszawy ci Polacy.
    Wtedy pociągi, które przewoziły turystów z Niemiec i Polski na Krym, nie kursowały regularnie, ale pod potrzeby. A zatem w tym przypadku nie czekano na transport zbiorowy, jakim co jakiś czas wracali Polacy do ojczyzny, tylko specjalnie załatwiono szybkie i dobre warunki tym ludziom. O to ja już nie prosiłem, to wyszło od nich z Moskwy. Gdy przyjechali, a z nimi dwoje dzieci w wieku szkolnym, no i ten inwalida na wózku, było dużo radości i łez też. Załatwiłem im hotel, bo tak się praktykowało, że nim znajdzie się ludziom pracę i mieszkanie to tymczasem oczekiwali w hotelu na koszt państwa.
    Wiedziałem, że szybko znajdę pracę dla nurka, zawsze ich przecież brakowało. Martwiłem się bardziej o to, czy dzieci podołają w szkole. Tam uczyły się po rosyjsku, chociaż język polski znały dobrze, ale mowa to nie to samo co pisownia. W ciągu tygodnia syn inwalidy otrzymał pracę na Wybrzeżu i zaraz też otrzymali z odzysku mieszkanie.

    Odwiedziłem ich miesiąc od ich przyjazdu.
    – „Jakie macie kłopoty?” – spytałem, gdy tylko przekroczyłem próg ich mieszkania. Ale nie usłyszałem odpowiedzi, zrobili natomiast coś, co mnie osłupiło i zatkało – cała czwórka, rodzice i dzieci, uklękła przede mną.
    Nie wiedziałem co robić, a oni dalej klęczą i dziękują.
    – „Jeśli natychmiast nie wstaniecie, to ja też uklęknę przed wami” – mówię i zaczynam to robić. Wstali, choć nadal mi dziękowali.
    – ”Cieszę się że wróciliście do Polski. Jak pan się czuje?” – zapytałem inwalide na wózku – ten wózek wyrzućcie na śmieci, takim nie można jeździć po ulicy, ja spróbuję załatwić coś lepszego” – zapewniłem ich.
    Na koniec mówię:
    – „Dziś jestem tu przejazdem, ale za parę dni wpadnę na kilka godzin, jeśli pozwolicie”.

    Mimo, że nie chcieli mnie puścić, musiałem jechać dalej.
    Ponownie zajechałem do nich za miesiąc. Jechałem do nich w konkretnym celu, cały czas pamiętałem, co mówił mi na Krymie ten inwalida, że boi się spać, bo śni mu się to, co przeżył w morzu, kiedy zginął przy nim w wodzie jego brat.
    – ”Tam na Krymie, w Jałcie – mówił ten stary człowiek, że jego ojciec, który został z matką na Syberii, wywodzi się ze znanego rodu z czasów Polski pod zaborem carskim.
    Nazwisko Wyszomirski było znane tym, którzy brali udział w powstaniach.
    – „Nawet nie wiedziałem, kiedy zmarli” – opowiadał.

    Z Jałty napisałem do rodziców i otrzymałem z urzędu odpowiedź, że już od paru lat oboje nie żyją.
    – ”Mam takie samo imię, jak mój ojciec, bo u nas była taka tradycja, że najstarszy syn nosił imię po ojcu. No i ja też swemu synowi dałem takie samo imię. Czyli że mój ojciec był Stanisław, ja też Stanislaw i syn mój tak samo” – mówił z dumą.

    Męczyła mnie jedna myśl. W dzieciństwie usłyszałem opowieść, którą teraz sobie przypomniałem.
    Mój ojciec, Józef Siwak służył w carskiej armii dwadzieścia jeden lat. Jego dwaj bracia też służyli. Michał, jeden z braci mego ojca, był kilka lat kierownikiem pociągów wojskowych. Jeździł po całej Rosji od granicy do granicy, a także do Chin i wielu innych krajów. Opowiadał, co zdarzyło się na Krymie, jak zajęła go Armia Czerwona.
    – „Tu w Polsce nic już panu nie grozi” – zapewniłem go, gdyż widziałem, że ciągle się obawia szczerze mówić o tym, co przeżył.
    – „Ja domyślam się, co zdarzyło się na morzu, gdyż będąc dzieckiem, słyszałem od swego ojca i jego rodzonego brata, że zatopiono bardzo dużo ludzi, że wywożono ich okrętami i zrzucano do morza. Czy to prawda?” – zapytałem.
    Siedzieliśmy naprzeciw siebie, blisko, patrząc sobie w oczy.
    – „Panie Albinie, widzę, że jednak ludzie wiedzą o tej tragedii, że mimo tajemnicy, w jakiej ją trzymano, prawda się wydostała do ludzi i jest wśród nich. Ja tak też myślałem – dodał Stanisław – że nie da się tego ukryć na zawsze. Że ktoś, gdzieś, coś o tym powie i rozejdzie się jak każda prawda, której nie da się ukryć. Otóż, Panie Albinie, jak nas z bratem przewieźli tu do Jałty i zatrudnili w porcie, to wtedy już władza radziecka stacjonowała tu od trzech miesięcy. Pracowaliśmy z bratem dla marynarki wojennej. Było tu wtedy bardzo dużo zatopionych barek i okrętów oraz różnego sprzętu jak pływające dźwigi i holowniki. To wszystko utrudniało dostęp do nadbrzeży portowych, okręty i statki nie mogły dobić do przystani. Zaczęliśmy więc wydobywać to wszystko, co uciekający z Krymu biali – jak wtedy nazywano przeciwników rewolucji – potopili. Kim oni byli? Ludzie, którzy uciekali przed Armią Czerwoną na Krym, a później drogą morską na zachód, byli bogaci, z reguły stanowili arystokrację carskiej Rosji. Krym bardzo długo nie był radziecki, gdyż państwa zachodnie przekazywały tu dużą pomoc. Uciekło więc tu dużo wojska, a szczególnie oficerów i kadetów, synów bogatych ludzi. Otrzymywali broń i wszystko, co było im niezbędne do obrony. Bardzo długo nowa władza radziecka miała wokół swych granic wrogów i ciągle toczyła wojny, nawet przecież z Polską walczyli i doszli aż pod Warszawę. Krymowi dali więc spokój, gdyż była tu mocna obrona, armie radzieckie były zaangażowane w innych miejscach. Ale przyszedł czas, że wzięto się i za Krym, a nie byle jakie wojsko go zdobywało, tylko dywizje NKWD. Jakie to było wojsko i z kogo się składało to pan chyba wie? – spytał mnie Stanisław – Więc zaczęła się zemsta za te lata, kiedy ginęli tu ludzie chcący ustanowić władzę radziecką. Myślę, że widział pan na Krymie jak dużo jest tam pomników na cześć tych, którzy zginęli z rąk białogwardzistów” – zwraca się do mnie starzec.
    – „Tak, to prawda, co pan mówi. Zwiedzając Krym widzieliśmy w każdym mieście i miasteczku te pomniki” – przytakuję.
    – „Więc kiedy zdobywali Krym, nacierające wojsko nie miało litości dla tych, którzy nie zdążyli uciec – ciągnął opowieść – a uciec można było tylko jedną drogą, morzem. Rozgrywały się tu podobno niesamowite sceny, żeby tylko móc dostać się na okręt. Ludzie oddawali duże kosztowności i pieniądze, żeby wejść na pokład, ale mimo przepełnionych okrętów nie wszyscy zdążyli uciec przed Armią Czerwoną. Wiele spośród ludzi, którzy z całej Rosji szukali tu ucieczki, wpadli w ręce radzieckiej bezpieki. Dla złapanych zrobiono dwa obozy, jeden dla mężczyzn, a drugi dla kobiet i dzieci. Mężczyzn zaczęto wywozić okrętami. Mówiono, że do Turcji, ale te statki zbyt szybko wracały. Wywożono tych ludzi nocą, a rano już wracały puste. Ludzie wiedzieli, że nie mogły zdążyć dopłynąć do Turcji i z powrotem. Tak pozbyto się mężczyzn. Kobiety i dziewczęta dość długo służyły żołnierzom do rozrywki. Wreszcie uzgodniono, że będą przewiezione na Zachód, a tam już muszą sobie dać radę same. I rzeczywiście tak się stało. Pół roku później te kobiety zaczęły jednak wracać, ale już z papierami naszej władzy, że poszukują swoich mężów i braci. Były bogate, miały na Zachodzie rodziny, u których wcześniej już ulokowały swoje pieniądze w obawie, że tu rewolucja może im je odebrać. Nowa władza radziecka byla teraz jednak biedna, sprzedawała więc wszystko co tylko Zachód chciał kupić, nie tylko złoto czy olbrzymie ilości drewna, ale na przykład jeden amerykański bogacz kupił ogrodzenie pałacu zimowego w Leningradzie, który był dziełem sztuki w metaloplastyce. Była zatem zgoda władz radzieckich, by za duże pieniądze pozwalać odszukiwać bliskich, którzy zginęli w czasie ewakuacji z Krymu.

    Płacono duże pieniądze nurkom, by odnaleźć zatopionych – jak przypuszczano – ale szybko się okazało, że brak chętnych do poszukiwań. Pierwsi dwaj nurkowie, jakich spuszczono do wody w rejon, gdzie byli zatopieni ludzie, doznali takiego szoku, że po wypłynięciu na powierzchnię wpadli w obłęd. Komisje lekarskie stwierdziły, że to na wskutek przerażenia w wodzie. To, że na dnie są trupy, nurkowie wiedzieli, po to ich przecież wynajęto, żeby szukali zmarłych. Ale nikt im nie powiedział, że mogą zobaczyć coś takiego.
    Rzeczywiście, w morzu były zatopione barki z ludźmi, co mogło wskazywać na katastrofę na morzu, jednak zdecydowana większość mężczyzn byla zrzucona w otchłań z ciężarem uwiązanym do nóg. Do tej pory władza wymagała zezwolenia na poszukiwanie, brała też dobrą zapłatę za nurków, a ci swoją drogą brali pieniądze od rodzin poszukujących zwłok swoich bliskich. Teraz, od paru dni żaden nurek nie chce zejść pod wodę, a już są wzięte pieniądze od rodzin potopionych. Wezwano więc wszystkich nurków do kapitanatu portu, tam czekała nas krótka rozmowa. «Sami wyznaczamy pary nurków, które zaraz dziś rozpoczną poszukiwania. To jest rozkaz i nie ma od niego odwołania» – zakończył dowódca. Mnie razem z bratem wyznaczył jako pierwszą parę tego dnia i od zaraz wypłynęliśmy w morze.
    Sam parę razy poszukiwałem w zatopionych okrętach marynarzy i domyślałem się, co spotkali na dnie morza ci, którzy wpadli w obłęd. Jeśli ciało było na przykład uwięzione za nogi, to taki nieboszczyk stał w wodzie, a nawet się ruszał, bo poruszała go woda. Zatopieni mogą nie mieć twarzy, bo ryby mogły zjeść ciało. Podzieliłem się z bratem moimi doświadczeniami, przekonując, żeby się nie bał. «Bądź blisko mnie» – prosiłem go, gdy już opuszczano nas w wodę. Rzeczywiście było tak jak myślałem, potopieni stali na swoich nogach i ruszali się raz w lewo, to znów w prawo.

    Naszym zadaniem było odcięcie ich od ciężarów, do których byli przymocowani, po czym powinni sami wypłynąć na powierzchnię morza. Odcięliśmy z bratem kilkadziesiąt ciał i musieliśmy wypłynąć, gdyż kończył się już tlen. Będąc na powierzchni widzieliśmy, że ciała są wydobywane i wciągane na pokład. Po odpoczynku znów zeszliśmy na dno i uwalnialiśmy ciała jak poprzednio. Wyłowione ciała zwożono do chronionych magazynów marynarki wojennej i tam rodziny po uzębieniu, ubraniu i sobie znanych znakach szczególnych rozpoznawały swoich bliskich. Tych, których nie rozpoznano chowano nocą na cmentarzu. Następnego dnia dowódca, widząc, że obaj z bratem nie panikujemy, że zachowujemy się normalnie, powiedział: «Nie będziemy puszczać nowych nurków. Może się różnie z nimi zdarzyć, wy już macie doświadczenie, więc będziecie i dziś nurkować».

    Tak więc nurkowaliśmy, tym razem opuszczono nas trochę dalej od miejsca, gdzie wczoraj byliśmy. Na dnie leżała tam na boku duża barka, a obok niej kuter rybacki, tak że barka opierała się bokiem o ten kuter. Barka przygniotła kilka ciał, które nie dawały się spod niej wyciągnąć, więc brat podpłynął w miejsce, gdzie kuter opierał się o nią i znalezioną na dnie rurą podważył tak, żeby ruszyć barkę. Rzeczywiście barka zaczęła się ruszać i uwolnione spod niej ciała zaczęły wstawać. Zauważyłem jednak, że chyli się ona na naszą stronę. Zacząłem bratu pokazywać, żeby uciekał, bo może go przygnieść, ale on dalej ruszał tą rurą i chybotał barką. Ze skafandra, jakie wtedy mieliśmy, widok był bardzo ograniczony i brat prawdopodobnie nie widział, co mu pokazywałem.

    Zacząłem więc podpływać do niego, kiedy nagle barka przewróciła się, przygniatając go. Ja poczułem ostry ból w obu nogach i na parę minut ogarnął mnie piasek i mętna, nieprzejrzysta woda. Gdy wzniecony upadkiem barki tuman brudów zaczął stopniowo opadać, zobaczyłem że mam przygniecione obie nogi. Nożem, jaki miałem przy sobie, zacząłem kopać w ziemi, by uwolnić nogi. Bałem się o brata, mimo że był blisko, nie widziałem go. Udało mi się uwolnić nogi, ale zrozumiałem, że obie muszą być połamane. Ciągnąc się rękoma i wlokąc nogi za sobą dopłynąłem do miejsca, gdzie powinien być brat. Leżał przygnieciony bokiem barki, a jego skafander był zgnieciony, po czym wnioskowałem, że woda dostała się do środka i on na pewno już nie żyje. Ale nie chciałem go tak zostawić, łudząc się, że może jakimś cudem żyje. Leżąc obok, kopałem nożem w dnie, żeby go spod tej barki wyciągnąć. Wreszcie udało się zrobić trochę luzu i stopniowo wydostałem brata. Jednak nie żył. Obwiązałem go linką asekuracyjną i trzymając się jej, zacząłem nią szarpać, co było umówionym sygnalem, żeby nas wyciągać. Tak skończyło się moje nurkowanie i życie mego brata. Nogi, jak pan widzi, do tej pory są nieczynne.

    Oto cała historia, która mnie męczy i nie daje spać. To piękne morze to rozpacz i tragedia potopionych tam ludzi. To mój czarny los, jaki w nim znalazłem” – skończył opowieść.
    Usta mu drżały i głos się łamał, gdy to opowiadał. Musiał naprawdę mocno przeżyć to nurkowanie, gdyż tyle lat po tym wypadku, głęboko przeżywał tę scenę i śmierć brata.
    Stary inwalida na wózku patrząc mi w oczy powiedział:
    – „Myśli pan, że na Krymie w Morzu Czarnym nie topiono dzieci?”
    – „Myślę panie Stanisławie, że jeśli topiono całe rodziny, to i dzieci będące z nimi również”.
    – Nie, nie to miałem na myśli, że z rodzicami razem topiono, ale to, że zatapiano statki, na których były wyłącznie małe dzieci do dziesiątego roku życia. Ja brałem udział z grupą nurków, gdzie otwieraliśmy pozamykane drzwi na statku celowo, żeby żadne dziecko nie wypłynęło na powierzchnię wody.
    Opowiadali mi żołnierze, którzy tu byli wcześniej przede mną, a konkretnie jak dywizje NKWD wchodzące w skład Armii Czerwonej zdobywały cały Krym. Szacowano wtedy na oko, że było tu 50-70 tys. ludzi, którzy nie zdążyli uciec. Jak panu mówiłem, rozdzielano mężczyzn od kobiet, ale rozdzielano też kobiety i dzieci. Do dziś jest w Jałcie teren marynarki wojennej ogrodzony i dobrze pilnowany. Stoją tam duże magazyny portowe i to właśnie w nich trzymano tych ludzi. Dzieci były osobno i władza sprytnie oszukała rodziców mówiąc, że te dzieci nie mają ani toalet, ani właściwego wyżywienia czy spania. Dlatego podjęliśmy decyzję, że przewieziemy dzieci do jednego z pałaców hrabiego Woroncowa i tam dzieci będą miały dobrze. Użyto do tego celu spory statek pasażerski, który nie nadawał się już do eksploatacji, nawet nie miał już silnika. Żołnierze opowiadali mi – mówił pan Stanisław – że umieszczono na tym statku 1.500 dzieci. Holownik zaczepił linę i pociągnął ten statek rzekomo do tego zamku, ale holownik wrócił, a statek nie. Ludzie domyślali się co się stało, ale głośno nikt o tym nie mówił. Jak było to zezwolenie władz na poszukiwanie bliskich i krewnych to również wiele osób miało papiery że wolno im szukać dzieci. Głosiło się wtedy, że statek zatonął, gdyż zaczepiło o wrak innego zatopionego okrętu.

    Mnie z bratem oraz innymi nurkami spuszczono do tego zatopionego statku. Drzwi nie tylko były zamknięte na klucz lub kłódkę. One były zaspawane i musieliśmy to przecinać, żeby je otworzyć. Widok nie do opisania.Wszystkie pomieszczenia na tym statku były zapchane dziećmi. Trzeba było każde dziecko wyciągać na zewnątrz i dopiero wtedy ono wypłynęło na powierzchnię wody. Nie wszyscy nurkowie mogli to robić. Wielu odmówiło mimo rozkazu dowódcy.
    Niech sobie pan wyobrazi, panie Albinie, co tam się działo, jak oni tonęli?
    Jaka rozpacz i wołanie o pomoc?
    Jakim człowiekiem trzeba być, żeby postąpić tak z dziećmi?
    Ja słyszałem już tu w Polsce, od Polaków – mówi pan Stanisław – że radziecka łódź podwodna storpedowała przepełniony cywilami okręt [Wilhelm Gustloff]. Było na nim 10.614 osób i wszyscy poszli na dno. To jest też morderstwo.

    Natomiast te 1.500 dzieci było niewinne.
    Jaką nienawiść musieli nosić w sobie ci ludzie, którzy podjęli decyzję ich zamordowania?
    Ja myślę panie Albinie, że ludzie na świecie powinni modlić się do Boga o to, żeby więcej na świat nie przychodzili tacy ludzie, a szczególnie tacy jak Beria i Kaganowicz”.

    – „Tu już wkraczamy w kompetencje Pana Boga, który takimi ludźmi jak pan ich wymienił, dopuszcza, że co jakiś czas zjawiają się na świecie”.

    – „Panie – powtarzał Stanisław – ja do tej pory nikomu o tym nie mówiłem. Pan jest pierwszą osobą której to opowiedziałem. Tam w Związku Radzieckim za takie gadanie można było zniknąć bez śladu. Ja po wyjściu ze szpitala cały czas czekałem, kiedy oni przyjdą po mnie. Nie wierzyłem, że zostawią mnie przy życiu” – wyjawił starzec.

    – „Bo widzi pan, panie Stanisławie, wcześniej były w prasie artykuły, w których pisano, że podczas ewakuacji z Jałty zatonęły przeciążone barki z ludźmi” – odrzeklem.

    – „No dobrze – odpowiadał Stanisław – Napewno, takie barki też zatonęły. Ale ludzie na tych barkach w czasie podróży nie mieli przecież u nóg ciężarów. Takie ciała wypływają same i morze wyrzuca je na brzeg. A te stały tam i czekały, żeby je uwolnić”.

    Tak, to są te ciemne strony historii rewolucji i nienawiści do rosyjskiej arystokracji oraz do ludzi wykształconych. Ktoś postanowił ich wykończyć, żeby już nigdy nie stwarzali władzy kłopotu.

    Rok po tej rozmowie ze mną pan Stanisław zmarł. Pojechałem na jego pogrzeb.
    Zadziwiająco było na nim dużo Polaków tych, co wrócili do Polski.
    Odszedł człowiek, który widział na własne oczy, do czego są zdolni ludzie, żeby rządzić światem.

    ***

  3. janusz wozniak Says:

    Re.1 Zgadzam sie z Panem/ia co do joty to nie ludzie -lecz aby opisac ich okrucienstwo-brak slow. Bestie to malo powiedziane.Pozdrawiam serdecznie z powazaniem,januszwozniak

  4. Ośc Says:

    Mamy czarno na białym, że wszystkie Q…stwo wychodzi od żydostwa. Skąd te bestie się wzięły? Nie ominie ich to samo w przyszłości myślę, być może niedalekiej. Nauka nie idzie w las. Oko za oko.

  5. Admin Says:

    Panie Jurku, podziękowania należą się dla RX’a za kawał świetnej roboty ;]

    O istnieniu tej żydowskiej morderczyni nie miałem pojęcia. Pewnie jak przytłaczająca większość Polaków. Być może obiła się o uszy, czy jej nazwisko wpadło w którejś z książek w oko. Jednak do tej pory nie zapisała się w świadomości. Cały czas jednak się uczę. I gdy człowiek myśli, ze w przypadku tego plemienia już nic go nie zaskoczy, zaś wypływają kolejne historie o żydowskim barbarzyństwie. Ile go skrywa czerwony terror, wykracza poza ludzką wyobraźnie..

  6. Rodak Says:

    A tu ujawnia sie nastepna zydowska prowokacja tylko po to, aby Polacy czuli sie wiecznie winni w stosunku do tych co dziury nie zrobia a krew wypija.
    …od 2 min. 38 sek. do 4 min. 43 sek. http://www.tvp.pl/lublin/informacyjne/panorama-lubelska/wideo/16-listopada-2011-g1830/5679453
    Tego typu oskarzen moze byc wiecej w przyszlosci, sami beda je produkowac, aby osiagnac swoj wlasny cel, nawet p.rezydent miasta Lublina przepraszal, ale obojetne bylo p.rezydentowi wystawienie plansz we wrzesniu 2009 roku przez organizatorow „Konfrontacji teatralnych”.
    http://grzegorzwysok.blogspot.com/2009/09/konfrontacje-teatralne-szokuja.html

  7. Rob Says:

    Szanowni Panstwo,

    Gdybym musial w kilku slowach odpowiedziec co naprawde sie stalo 10 kwietnia 2010 w Smolensku, to zaczalbym od starej Rzymskiej maksymy: “Cui Bono?” co sie tlumaczy: “kto skorzystal?”
    Oczywiscie zakladam, ze nie dyskutuje tego tematu z kompletnymi idiotami wierzacymi, ze byl to zwykly wypadek – to by byla okropna strata kilku minut z mojego zycia!
    Wiec….kto skorzystal? Ostatniej zimy zaproponowano mi abym sie zajal polska czescia do eseju “Conspiracy of the Cold War”. Byla to dla mnie okazja odswierzenia moich wiadomosci plus doksztalcenia sie o wydazeniach, ktore mialy miejsce po moim wyjezdzie z kraju. Zwrocila moja uwage dzialalnosc I.P.N.-u szukajacego sprawiedliwosci dla ofiar komunizmu. Akcje przedsiewziete przez ten instytut byly moim zdaniem jedynymi pozytywami po-“PRLowskiego” zycia politycznego. Przykre, ale wcale mnie nie zaskakujace, byly (pelne sukcesow) akcje blokujace poczynania I.P.N.-u. Widac, ze “Controllers” pozwolili na pozory wolnosci w Polsce, ale na tym koniec! Janusz Kurtyka okazal sie “za ambitnym” w tym co robil i (prawdopodobnie) zignorowal ostrzezenia. Ludzie, ktorzy go wspierali (czy tylko “mruzyli oko” na jego “wyczyny”) wsiedli razem z nim do samolotu tego dnia…..
    Prosze przeczytac “Conspiracy of the Cold War”. Ten esej pokazuje jak ogromna konspiracja kryje sie za “fenomenem” komunizmu i jak caly mechanizm funkcjonowal i dalej funkcjonuje. Moze tez znajdziecie sprawcow katastrofy w Smolensku……(?)
    Linki do stron gdzie “Conspiracy of the Cold War” jest juz opublikowana:

    http://www.picassodreams.com/picasso_dreams/2011/05/the-spin-conspiracy-of-the-cold-war.html

    http://www.fourwinds10.net/siterun_data/history/world/news.php?q=1304961936

    http://www.truthcontrol.com/articles/conspiracy-cold-war

    Gdybyscie chcieli opublikowac ten esej na swojej stronie – prosze bardzo! Nie ma zadnych ograniczen! Aktualnie my chcemy aby “Conspiracy…” stala sie dostepna dla kazdego.

    Pozdrawiam,
    Robert

    PS
    Tak, tak! Moj komentarz pasuje do artykulu powyzej – przeczytacie to zrozumiecie!


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: