Jak mucha do słonia – Albin Siwak


Fragment książki Albina Siwaka „Bez Strachu-tom II ” – Rozdział XXX. Za przysłanie materiału podziękowania dla BladegoMamuta.

Jak mucha do słonia

Pod pomnikiem "bohaterów getta warszawskiego"

Dziwiłem się z początku, gdy byłem członkiem biura politycznego, że wszystkie delegacje z państw Europy zachodniej, a szczególnie Anglii i Stanów Zjednoczonych, jak przyjeżdżają do Polski służbowo lub prywatnie, to w pierwszym rzędzie oddają hołd i składają wieńce i kwiaty pod pomni­kiem warszawskiego getta. Jak mieli dobry humor to w drugiej kolejności składali też kwiaty pod pomnikiem polskiego Powstania Warszawskiego. Szybko przyjaciele uświadomili mnie, że ten pomnik poświęcony polskiemu Powstaniu Warszawskiemu jest mniej ważny dla tych zachodnich delegatów i osób piastujących najwyższe urzędy na zachodzie. Natomiast pomnik zwią­zany z historią getta warszawskiego jest na zachodzie tak przedstawiany, opisany, malowany, że kłuje każdego w oczy jacy to byli Żydzi bohaterscy i jak walczyli z Niemcami.

Nawet „nasze” polskie władze, te rządowe i partyjne natychmiast wy­znaczały członków biura politycznego lub wicepremierów lub samego pre­miera by towarzyszył takim zachodnim delegacjom i razem z nimi składali te wieńce lub kwiaty.

Byłem jedynym członkiem biura politycznego, którego nigdy nie wyde­legowano do takich uroczystości. Znali moje poglądy na ten temat, gdyż nie raz podkreślałem, że walka w getcie warszawskim to mały epizod w porównaniu z polskim Powstaniem Warszawskim. To, że mała grupa młodych Żydów podjęła decyzję, że wolą zginąć w walce niż dać się wypędzić do krematorium to fakt. To, że walczyli bohatersko, też jest faktem. Nikt mądry nie podważa faktów, że ci młodzi, postępowi Żydzi walczyli i zginęli bohatersko. Tylko że walka w get­cie ma się tak do powstania warszawskiego jak mucha do słonia.

Wystarczy wziąć do ręki encyklopedię, a tam pisze, że Niemcy użyli do stłumienia i likwidacji warszawskiego getta, Wehrmacht, policję i oddziały SS. Razem 2000 żołnierzy. W czasie tego powstania w getcie zginęło 7 000 Żydów, 6 000 Żydów spaliło się w getcie żywcem, nie biorąc udziału w walce. Dowo­dzący całością operacji w getcie, niemiecki generał SS J. Stroop powiedział:

„Na początku powstania w getcie polscy bandyci przez pięć dni poma­gali Żydom. I zabili ponad dwustu naszych żołnierzy”.

Ubolewał gen. Stroop nad tym faktem i stwierdził, że gdy Polacy opuś­cili getto to Żydzi w całym swym powstaniu zabili zaledwie 27 żołnierzy nie­mieckich i ukraińskich.
Z wielu publikacji światowych, w tym niemieckich i polskich wynika, że do walki w getcie przystąpiło około 500 młodych Żydów, że drugie tyle było chętnych do walki ale nie miało broni. Dopiero gdy padali zabici Żydzi to ci czekający brali ich broń i walczyli.

Nic nie ujmując bohaterom warszawskiego getta, bo śmierć to jest śmierć i czy to będzie Żyd czy Polak, należy się takim ludziom szacunek za ich odwagę i poświęcenie. Ale trzeba zachować właściwe proporcje w każdej sprawie, a w takiej, gdzie ginęli ludzie szczególnie.

W chwili rozpoczęcia polskiego Powstania Warszawskiego nasi po­wstańcy również mieli mało broni. Tylko 10% powstańców miało broń. I to broń lekką i strzelecką. Trzeba było broń zdobywać na Niemcach i to miało miejsce. Zrzuty z samolotów były niecelne i 90% zrzutów spadało na teren zajęty przez Niemców.

Ale do tłumienia tego – niezauważanego przez świat zachodni za przy­czyną Żydów – polskiego Powstania Warszawskiego, Niemcy musieli użyć, jak podają encyklopedie i dokumenty w archiwach – cały warszawski garni­zon. Z frontu ściągnięto 15 000 żołnierzy i całą niemiecką policję (Schupo) i całe SS. Wydzielono oddziały dziewiątej armii niemieckiej i razem sił niemieckich było 50 000 żołnierzy, w tym artyleria, lotnictwo i broń pancerna.

I jak podają niemieckie źródła i polskie archiwa, to ofiar było po obu stronach tyle, że nie można ich porównywać z ofiarami z getta. Samych pol­skich powstańców zginęło 18 000 a 25 000 odniosło rany.

Polskiej ludności cywilnej Warszawy (mężczyzn, kobiet i dzieci) Niemcy bestialsko wymordowali 150 000 – 200 000. W czasie tylko pierw­szych 5 dni powstania, na warszawskiej Woli, Niemcy w masowych egzekucjach na ulicach, zamordowali 40 000 Polaków, w tym kobiety, dzieci i starców, a po kapitulacji Powstania Warszawskiego, wypędzono z Warszawy pozostałą polską ludność cywilną, a Warszawa była w sposób zbrodniczy niszczona, sy­stematycznie wyburzana. Niszczono dom po domu..

Straty niemieckie nie wynosiły jak w walce w żydowskim getcie 27 żoł­nierzy + ponad 200 zabitych przez Polaków w pierwszych dniach walk. Niemcy stracili 10 000 żołnierzy zabitych i 7 000 zaginionych, których uznano też za zabitych oraz mieli 9 000 rannych, czyli że Niemcy straci­li łącznie 26 000 ludzi; w tym 17 000 żołnierzy zabitych w walce z polskimi Powstańcami Warszawskimi i zaginionymi okresie od l sierpnia 1944 do 2 października 1944 tj. do czasu kapitulacji.

Ale już w okresie PRL zażydzone polskie władze i filosemici zrobili wszystko, by przypodobać się Żydom w Stanach Zjednoczonych i w Izraelu, dlatego zryw zbrojny garstki Żydów urósł do miana „powstania w getcie war­szawskim”. Dlatego pod ich pomnik prowadzone były delegacje zagraniczne. Ponadto po wojnie polscy powstańcy, w stolicy Polski Warszawie długo nie mieli pomnika!!! – Żydom z getta postawiono pomnik już w pierwszych la­tach po II wojnie światowej.

Żyd Obama w otoczeniu polskojęzycznych Chazarów pod pomnikiem bohaterów getta w Warszawie

Polskie ofiary zawsze musiały poczekać aż ZBoWiD coś zorganizuje i położy jakiś wieniec. Tak samo z tymi uroczystościami pod tymi dwoma po­mnikami. Pod żydowskim robi się to z wielką pompą. Muszą liczni mężowie sta­nu ze świata przemawiać i gloryfikować bohaterstwo Żydów. Polaków wciąż pomijano.

Dobrze, że jeszcze trochę żyje polskich weteranów z tamtych czasów i oni pamiętają i robią te święta na miarę swych sił i środków. Bo wygląda na to, że polskim władzom nie leży na sercu ofiara polskiej krwi i czyny bohaterskie. Jeśli już biorą udział to tak zmanipuluj ą te uroczystości, żeby ugrać jak najwię­cej punktów dla swojej politycznej formacji na takim święcie.
Ale za to – angażując Polaków i Polskie Wojsko – pchają swoje żydow­skie nosy tam, gdzie Polska nie powinna ingerować w sprawy innych krajów.

Jak przykro i głupio oglądać amerykański film, który nim go zdjęli był przez trzy doby w Internecie i można było usłyszeć co Amerykanie myślą o polskich oszołomach i o tych co obecnie w Polsce mają władze.

To nie moje wymysły Siwaka i nie Polaków w Polsce, a ludzi na najwyż­szych stanowiskach w Ameryce. Ten bardzo duży materiał został poświęcony prezydentowi Obamie. Jego polityce i obietnicom, dzięki którym wygrał wy­bory w USA.

Prezydent Obama zostawił po Bushu w swojej administracji sekretarza obrony R. Gatesa. Tenże Gates w filmie o prezydencie Obamie mówi dużo. Oto jego wypowiedź, która jest jednocześnie oceną sytuacji w Europie i poli­tyków z krajów europejskich. Cytuję.

„Wynikiem polityki nieustannego mącenia przy rosyjskich grani­cach przy pomocy tych faszystowskich lizusów – agentów i M.F i NATO, jak Juszczenko na Ukrainie czy Sakaszwili w Gruzji, lub bliźniaków w Polsce czy różnorodnych typów na Litwie, Łotwie lub Estonii. Jesteśmy związani z tymi gangsterami i jeśli oni rozpoczną wojnę to przerodzi się ona natychmiast w termojądrową III wojnę światową”. Koniec cytatu.

I dalej tenże Gates mówi tak, cytuję.

„Kaczyński występując z Gruzji stwierdził publicznie, że jesteśmy tu po to, aby podjąć walkę. Elity w Polsce, a szczególnie te z pałacu prezydenckie­go marzyły i marzą o tym, aby wyprowadzić wojska NATO na Moskwę, bo świadczy o tym wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego”, stwierdził R. Gates.

Tyle sekretarz obrony USA, pan R. Gates. Wypowiedź jego, i to w filmie publicznie eksponowanym daje ocenę prowadzonej w Polsce polityki pana prezydenta. A jego zachowanie się, i to wielokrotne w Gruzji potwierdza jed­no, a mianowicie to, że R. Gates ma rację, że Żydzi rządząc obecnie Polską robią wszystko aby skłócić Polskę z Rosją.

Świadczy o tym samym wizyta obecnego „polskiego” ministra spraw zagranicznych 5 i 6 XI w USA. Jak podają agencje międzynarodowe poleciał tam błagać o tarczę, bo podobno zagraża nam Rosja. A Amerykanie, admini­stracja Obamy, ‘olały’ tę wizytę. Nie było komu tego polskiego ministra przy­jąć. Pani Clinton poleciała do Egiptu, bo sprawy żydowskie są dla Ameryki ważniejsze niż polskie.

W czasie kampanii wyborczej w USA kandydat na prezydenta obiecy­wał, że Amerykanie wycofaj ą się z Iraku w ciągu szesnastu miesięcy. Ze w sześć miesięcy po wyborach nasze (amerykańskie) wojska powrócą do Ameryki.

Prawda w tej chwili jest całkiem inna. Pod koniec 2009 roku Ameryka wysyła kolejne 30 000 swoich żołnierzy do Afganistanu, mimo że prezydent Obama w tym filmie mówi:

„Jak tylko zostanę prezydentem to żołnierze zaraz wrócą do domu”.

A jak został prezydentem to mówi:

„Sprawy Iraku nie rozwiążemy militarnie, nigdy nie było na to szans”.

Wycofanie teraz byłoby niemądre z naszego punktu widzenia. Obecny bilans tej wojny w 2009 roku, l milion zabitych Irakijczyków i 5 tysięcy Amerykanów i ciągle ta lista strat się powiększa.

Dwight Eisenhower, prezydent Stanów ostrzegał Amerykanów i świat. Mówił tak. Kompleks militarno-przemysłowy i korporacje bankowe przejmą władzę w USA, a następnie nad światem. Wtedy wielu uważało, że bredzi. Zaledwie trzy lata po odejściu Eisenhowera jego słowa zaczęły się sprawdzać.

Władza nad pieniędzmi została zabrana ludziom i oddana przez Kongres w Federal Reserve Act. I obecnie Federal Reserve Act stoi ponad prawem, po­nad Kongresem i prezydentem. Dziś przytomni Amerykanie mówią i żąda­ją nacjonalizacji tej Federal Reserve Act i żądają przeprowadzenia kontro­li by sprawdzić kto okradł Amerykę. I wiążą ściśle tę sprawę z zabójstwem Johna Kennedy’ego i powiadają, ze dla odwrócenia uwagi opinii publicznej środki przekazu w Ameryce pokazywały i mówiły różne wersje zabójstwa Kennedy’ego, ale wszystkie do tej pory były fałszywe.

Otóż prezydent Kennedy odkrył całą prawdę do czego prowadzi ta polityka finansjery żydowskiej. Miał dużo autentycznych na to dowodów i świadków. W rezultacie podjął niesłychanie ważną decyzję. Podpisał de­kret wykonawczy numer 11.110. rozpoczął proces obalania władzy Rezerwy Federalnej. Dążył do prawdziwych reform i odzyskania praw przez obywa­teli USA, którzy powinni sprawować władzę – przez swoje wybieralne komi­sje – nad Rezerwą Federalną. Widział i wierzył, że oligarchowie z Rezerwy Federalnej przejmą władzę nad Ameryką i zrobią to samo w Europie – jak się ich nie powstrzyma. I tak obecnie w niezależnej od Żydów prasie amerykań­skiej można przeczytać, że John Kennedy próbował bandziorom i gangsterom odebrać władzę. Ale oni znali zagrożenie i przyśpieszyli decyzję o likwidacji Kennedy’ego. Obecnie w tejże niezależnej prasie można przeczytać. Kennedy był ostatnim rzeczywistym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Jak amerykański naród poradzi sobie z narzuconą przez Żydów niewo­lą ekonomiczną i uzależnieniem od ludzi z Federal Reserve Act, trudno dziś prorokować. My, Polacy mamy też z ich powodu niemało kłopotów. I należy sądzić, że będzie ich coraz więcej i coraz bardziej bolesnych dla ludzi, którzy rozumieją co to jest polska racja stanu.

Jeszcze raz wrócę do tematu jak Żydzi sprytnie i przewrotnie wyko­rzystują naszą wiarę. Ponieważ prowadzą na całym świecie zmasowany atak na osobę Jezusa i Krzyż, to uknuli, że Jezus Chrystus nie jest jedynym Zbawicielem Świata. Według nich judaizm daje dziś zbawienie równoważne kościołowi katolickiemu. I to Kościół Katolicki się powinien judaizować, a nie judaizm chrystianizować.

I takie poglądy nie są szeptane po kątach gdzieś przez Żydów. Takie poglądy głosi oficjalnie biskup Bronisław Dembowski, włocławski pasterz kościoła katolickiego. I jest to opublikowane w deklaracji soborowej „Nostra aetate” zatwierdzonej oficjalnie przez Episkopat Polski. (Sobór Watykański II) Nowe Tłumaczenie, Pallotinum, str. 329 i 330.

Jak mocni są Żydzi w Kościele Katolickim niech świadczy fakt, że to bi­skupi pochodzenia żydowskiego zaproponowali sprzedaż Watykanu w czasie Soboru Watykańskiego II. Dobrze, że natychmiast była mocna riposta innych biskupów, którzy powiedzieli, ze Kościół Katolicki się składa z ludzi, jacy są na świecie. A oszołomów nigdy nie brakowało, więc i są między nami.
Nic też dziwnego, że Polacy i polonusi, w których imieniu dr hab. inż. Andrzeja Flaga zaprasza księdza profesora Czesława Bartnika do «… członkostwa w Komitecie Sympozjum związanym z problemami Pomnika i Centrum” – (pomnika Chrystusa Króla i Centrum Polonii) nie wzięli pod uwagę, że zażydzenie w polskim kościele jest faktem, na które to zaproszenie tenże profesor odpisał m. in. tak: że

„Wyraża zgodę na członkostwo w Komitecie, ale zwraca uwagę, że orga­nizatorzy nie wzięli pod uwagę konkretnej sytuacji w administracji kościoła polskiego, który w dużej mierze jest opanowany przez tak zwane nowe prądy.

Jest to lobby żydowskie, które zabiega i czyni starania, żeby jeśli nie każ­dy, to przynajmniej co drugi biskup miał poglądy judeochrześcijańskie lub filosemickie.

Nawet biskupowi – Polakowi napisał „…trudno się z takiej wychylić.” I dalej napisał tak:

„Sytuację tę dobrze obrazuje fakt, że stanowisko ambasadora przy Watykanie objęła (Żydówka), pani Hanna Suchocka, no i że z okazji Jubileuszu 2000 roku na obiad do Papieża było poproszonych (z Polski) tylko troje ludzi z lobby żydowskiego, a pominięci zostali reprezentanci rolników, robotników i inteligencji polskiej.”

A biskupi Żydzi „…są mianowani na diecezje patriotyczne, w tym celu żeby ten patriotyzm  stłumić”.

W punkcie 5 listu czytamy takie oto słowa:

„Idea <Centrum Jedności Polonii> jest uważana przez katolewicę i lu­dzi sprzyjających Unii Wolności za <polski nacjonalizm>.Judeochrześcijanie, łącznie z grupą biskupów z ich poręki, uważają Polaków za nacjonalistów w ogóle, a tym bardziej są przeciwni łączeniu Kościoła i Chrystusa z Polskością.

Jeden jest <prawdziwy> naród na świecie, to jest żydowski, tylko on ma posłannictwo Boże, inne narody mają z woli Opatrzności odgry­wać rolę jedynie tła i tworzywa dla posłannictwa narodu żydowskiego.” Koniec cytatu.

Tak m. in. pisał ksiądz profesor Czesław Bartnikprof. dr inż. Andrzejowi Fladze.

Na końcu w tzw. post sciptum (PS) tego listu ks. prof. Cz. Bartnik zamieścił znamienne zdanie, charakteryzujące obecną sytuację Kościoła Katolickiego w Polsce.
„Z czasem może nastanie biskup w pełni katolicki.”

To – jak wynika z kontekstu całego listu – wówczas znikną problemy z postawieniem ‘Pomnika Chrystusa Króla Zbawiciela Świata i Centrum Jedności Polonii w Tarnowie na Górze św. Marcina’ – lub gdzie indziej. (Źródło. Cz. Bartnik, Gorycz proroctwa, Polska a Unia Europejska, Lublin 2003, str. 82-84)

Ale jak może być inaczej, niż opisuje ks. prof. Cz. Bartnik skoro „nasi” niektórzy „polscy” biskupi rozmawiają z polskimi Komitetami Patriotycznymi przy pomocy Gazety Wyborczej Michnika.

Takie przykłady opisałem wcześniej. A Michnik – Szechter redaktor naczelny Gazety Wyborczej – tak o sobie oficjalnie mówi:

„Jestem Żydem z natury i Polakiem z wyboru”.

Ale jego rodacy nie wykazują ochoty do ujawniania swoich nazwisk. Jak by to brzmiało, arcybiskup Tadeusz Gottzman a nie Gocłowski. Trudno też wytłumaczyć te łamańce myślowe Aarona Szechtera-Michnika. Czy jest to proces ewolucji opracowany przez Żyda Darwina, przebiegający na drodze uczłowieczania wybranej małpy w Żydów i tylko ich dotyczący. Czy też nie­spotykany wybryk natury, który ukształtował, na skutek zdegenerowanych małpich przodków w jednej człeko-podobnej istocie dwie niby różne i odręb­ne narodowości i dwie przeciwstawne osobowości o skłonnościach zbrodnia­rza i niezwykle tolerancyjnej ofiary.

Darwin dowodził, że ludzie pochodzą od małpy. Być może obserwował swoich żydowskich rodaków o zwierzęcych skłonnościach i takie nasunęły mu się skojarzenia. Można wszystko udowadniać, ale że na Żydzie może wy­rosnąć Polak, to tego i Darwin nie przewidział.

Żydom dobrze jest w kraju słowiańskim, gdzie ludzie są bardzo długo naiwni, dopiero jak Słowianina zabiją to ci wpadają we wściekłość. Więc żydostwo dozuje zaciskanie tej pętli tak, żeby Słowianie nie wpadli w złość i nie patrząc na skutki nie zrobili żydostwu pogromów.

Pięknie scharakteryzował naszą ojczyznę Polskę – angielski profesor historii, gdy odpowiedział na pytanie jednego z uczestników towarzyskiego spotkania w British-Polish Society pod koniec 1941 roku. Widać, że z odległo­ści można więcej zauważyć niż będąc u siebie w kraju Pytanie brzmiało – dlaczego jest wielbicielem polskiej historii? Profesor ów powiedział tak:]- ]Tadeusz Modelski, Byłem szefem wywiadu u naczelnego wodza. Wydawnictwo Bello­na, Warszawa 2009, Str. 283/284

„Kocham historię waszego kraju i bardzo ją szanuje, albowiem w tysiąc­letniej historii nie mieliście w swojej kulturze: szafotów, toporów, gilotyn, eg­zekucji, tortur lub też wynaturzonych zachowań ludzkich.Nie wiecie, co oznaczała wieża Tower, Bastylia, «camera obscura» lub też rosyjskie fortece i więzienia. Nawet nie macie pojęcia, jaki horror miał miejsce w czasie hiszpańskich i rzymskich inkwizycji, albowiem w Polsce prawo zatwierdzone w 1552 i 1562 roku zabraniało tego rodzaju zachowań.

Nie znacie również hipokryzji purytanizmu Cromwella i jego przymu­sowej «piety religijnej», u was nigdy nie miało miejsca prześladowanie ludzi nauki, palenie ksiąg naukowych.
Jedną z waszych podstawowych wartości była tolerancja religijna. W waszym prawie nigdy nie było takiego absurdu jak: «cuius regio eius religio», tzw. błędów Augsburga z 1555 roku, praw westfalskich z 1648 roku; swobody indywidualne były najświętsze w waszej Republice.

Wasze granice były zawsze gościnnie otwarte dla wszystkich prześla­dowanych w ich własnych krajach. W waszym kraju nigdy nie miały miejsca żadne polowania na czarownice, które były niczym innym jak owocem psy­chopatii czasów średniowiecznych, w naszym kraju nawet Cromwell był w nie zaangażowany.

W Europie Zachodniej w dziesiątkach małych księstw niemieckich wielu tzw. «wysoko urodzonych» książąt żyło przede wszystkim z rabunku na drogach. W waszym kraju mężowie nigdy nie porzucali żon, jak to miało miejsce u nas na skutek oszukańczych oskarżeń, kiedy po torturach biedne żony przy­znawały się do wyimaginowanych przestępstw. W Europie Zachodniej we wczesnym średniowieczu za owe wyimagi­nowane przestępstwa kobiety były palone lub też głodzone na śmierć. Wszystko co tu wymieniłem, nie miało miejsca w waszym kraju, a wię­cej, w ostatnich latach, kiedy wasze dzieci bawiły się spokojnie w sielskich wsiach, nasze dzieci pracowały w kopalniach od 4 nad ranem, przyprowadza­ne do nich przez ich płaczące matki, albo też czyściły kominy. Ci zaś, którzy protestowali i występowali przeciwko takiemu traktowaniu, byli karani przez obłąkanych sędziów śmiercią lub deportacją do kolonii.

To dopiero prawo o kopalnictwie (Mining Act) z 1842 roku, usta­nowione przez wielkiego humanistę lorda Shaftesbury, zabroniło kobietom oraz chłopcom poniżej lat 10 pracy podziemnej w kopalniach.

Dlatego też chylę czoła przed waszym narodem, szczególnie teraz, kie­dy jesteście w opresji «odious apparatus» faszystów. Pozostawieni sami sobie przez waszych przyjaciół w Europie w obliczu brutalnej agresji; kiedy jako pierwsi l września 1939 roku heroicznie stawili­ście czoła machinie wojennej, filozofii obłędu. Dlatego też chcę wznieść toast za Wasz szczególny naród i kraj! „Niech żyje Polska!”

Nic tu nie można dodać. Są to słowa rzetelnej prawdy wypowiedziane przez uczciwego człowieka i naukowca. Dlatego należałoby tu postawić pro­ste, ale bardzo ważne pytanie, wiedząc, że Żydzi prowadzili od wieków wrogą politykę przeciwko Polsce – to świat wie.

Ale dlaczego wielu Polaków za parę judaszowych srebrników jest po stronie Żydów i robią wszystko, żeby otumanić swój naród i pomóc Żydom ujarzmić Polskę. Kieruję to pytanie do tych wszystkich dziennikarzy i pseudo polityków, którzy nie wiedzą gdzie, dlaczego i po co żyją.

Dla tych dziennikarzy idiotów proponuję obejrzenie fotografii z po­grzebu Piłsudskiego na Wawelu. Dlaczego to Hitler po zajęciu Krakowa przez Niemców w 1939 roku nakazał pełnić wartę honorową przy trumnie Piłsudskiego. Tu nawet idiota może sobie sam odpowiedzieć.

Jest wiele publikacji, z których możemy dowiedzieć się, jak Żydzi robią wokół swego narodu opinię, że są narodem wybranym i jedynym w swoim rodzaju. Za najmocniejszy argument w tej sprawie uznali, że skoro na świecie dotychczas nagrodę Nobla otrzymało 791 osób, a w tym aż 167 osób, czyli jedna piąta to Żydzi – to ten fakt świadczy niezbicie o wyższości Żydów nad innymi narodami.

I tak by było, gdyby te nagrody Nobla były przyznawane uczciwie i za konkretne osiągnięcia w dziedzinach, jakie się nagradza. Ale uczeni świata piszą, że ponad połowa tych żydowskich nagród Nobla idzie do Żydów gdyż nie tylko, że nobilituje to naród żydowski i robi opinię na świecie, że nie ma takiego narodu, który by tyle osiągnął na polu nauki co Żydzi. A poza tym są to duże pieniądze i wzbogacają Żydów. Chyba tak jest, że ponieważ Żydzi łożą duże pieniądze na fundacje Nobla, to stąd takie werdykty.

Politycy i historycy dają liczne przykłady jak zaskakują decyzje komi­tetu noblowskiego. Chociażby ostatnia, przyznana z góry pokojowa nagro­da prezydentowi Obamie. W Ameryce mówi się, że to za to, że nie tylko nie wycofał swoich wojsk z Iraku jak obiecał, ale zwiększa ilość żołnierzy, a o to Izraelowi chodzi. Po przyznaniu nagrody literackiej Żydówce Szymborskiej prasa świa­towa pisała:

„Jest to wyraźny gest w stronę Żydów, gdyż pani Szymborska nie ma osiągnięć na skalę Nobla”..

Starsi Polacy pamiętają, jak za czasów PRL wyjechał z Polski Ben Gurion, późniejszy minister obrony Izraela. Jakie podjął decyzje zajęcia ziemi Syrii i Libanu drogą wojenną. Ile milionów Libańczyków i Palestyńczyków wygnał z ich ziemi i musieli udać się na emigrację, na której do dziś przebywa­ją w różnych krajach, bo Izrael wrócić im nie pozwala.

I ten Żyd dostaje nagrodę pokojową Nobla.

Uczeni na świecie alarmują, że ta nagroda stała się narzędziem politycz­nym w walce z tymi, co mają inne poglądy i inne ustroje w swoich krajach. I znów jako przykład podają Wałęsę i jego nagrodę Nobla.

Piszą, i słusznie, że system władzy w ZSRR już się sam walił po zamachu Żukowa na Berię i Kaganowicza. Że po rozbrojeniu dywizji NKWD – Żydzi uciekali ze Związku Radzieckiego w takim tempie i ilości, że trudno ich było przewieźć tam gdzie chcieli. Ale Wałęsie dorobili historię, w którą on sam uwierzył i powtarza, że to dzięki niemu armia Czerwona opuściła Polskę i NRD.

Wielu polityków i historyków pisze, że owszem Żydzi mają osiągnięcia w paru dziedzinach i trzeba przyznać im te osiągnięcia. Ale nie w takiej skali jak sami o sobie głoszą, a nierzadko za opłatą filosemici im pomagają oszukać opinię publiczną, aby umocnić Żydów w tym kłamstwie..

komentarze 23 to “Jak mucha do słonia – Albin Siwak”

  1. thetomek4791 Says:

    Faktycznie,Kennedy był ostatnim prezydentem,ale nie było pozytywnej ciągłości prezydentury.Przed nim był prożydowski Hoover,Roosvelt,Truman,Eisenhower.A wielki kryzys właśnie był spowodowany ekspansją żydostwa na USA.Prawdopodobnie za czasów Hoovera lub Roosvelta żydostwo syjonistyczne sie dogadywało.Można sprawdzić kiedy powstał FED.A co do sprawy polskiej,to nawet Polacy mordowali Polaków dla żydów.Pomijając ten iście haniebny czyn,to jak mogą mieć czelność myśleć o odszkodowaniu.Za co pytam sie?Za free??Ich tupet,bezczelność jest zdumiewająca

  2. thetomek4791 Says:

    prosze wyciągnąć mój post z kosza.serdecznie dziękuje.przed chwilą kliknąłem,ale nic sie nie ukazało

  3. thetomek4791 Says:

    Dziękuje serdecznie i pozdrawiam

  4. Notka z Lublina Says:

    To nie tylko dzieje sie z Noblem, ale tutaj jest ich takze sporo:
    http://www.kul.pl/1133.html

  5. Ość Says:

    Organizują sobie takie żydparady, żeby pokazać jak są kochani przez Polaków za te ich dobra jakich ukradli złodzieje.

  6. Admin Says:

    „Notka z Lublina

    To nie tylko dzieje sie z Noblem, ale tutaj jest ich takze sporo:
    http://www.kul.pl/1133.html

    Zażydzenie jest bezwzględne. Nazwiska mówią same za siebie.

  7. thetomek4791 Says:

    Większość Oscarów też Żydzi rozdają swoim jak ciepłe bułeczki.Oni sie tym dowartościowują

  8. Marek S Says:

    Zadziwiające jest że pomnik żydowski powstańców getta ma normalnie wyglądających ludzi i w postawie reprezentującej godność (chociaż u żydów to nieznane uczucie). Dziwne jest więc że pomniki reprezentujące Polaków i Polskie wydarzenia są w formie tzw: „sztuki nowoczesnej”, czyli zniekształcone twarze i postacie tak jakby „od siekiery”.

    Czy ta dziecina (sztuka i rzeźbiarstwo) jest opanowana zupełnie przez antypolaków?

  9. Mieczyslaw Says:

    Kiedys stary Zyd, powiedzial tak do mojego przyjaciela, ktory mi to powtorzyl:
    ”Nawet nie zdajecie sobie sprawy (wy goje-wtr.wlasne), jak wielka przysluge oddajecie zydom.
    mowiac o nich ZLE!

  10. Marek S Says:

    Co żydom szkodzi a co pomaga

    Mówić źle o żydach w stylu wyzwisk, machać szabelką, lub biegać jak Bubel z szabelką po polu, w istocie im pomaga siebie zintegrować.

    Mówieni natomiast prawdy i konkretnie o ich intrygach w przeszłości, i działaniu obecnie, i planach na przyszłość, im wcale nie pomaga i w istocie bardzo im szkodzi i jest jedyną skuteczną obroną. Ujawnianie ich przekrętnego języka jak i ukazywanie kto jest żydem podszywającym się pod Polaków jest jedyną drogą obrony.

    Należy więc ukazywać jakie uniwersytety, wydziały, kierunki studiów i nauki, jakie gazety, fundacje, organizacje, firmy, i partie są w rękach żydowskich. Należy jasno powiedzieć kto jest żydem i/lub jak jest powiązany z żydowskimi ośrodkami. Jeśli podbój narodu jest poprzez infiltrację, to jedyną drogą obrony jest identyfikacja infiltrantów.

    Nie ma powodu aby nie ujawniać że ludzie u steru władzy są żydami lub mają pochodzenie żydowskie i reprezentują mentalność żydowską i działają w interesie żydowskim a na szkodę lokalnej ludności. Nie ma absolutnie żadnego powodu aby udawać że nie wie się jakie oni mają korzenie. Jest to oszukiwanie samych siebie.

    To nie jest rasizm ani antysemityzm lecz wolność słowa w głoszeniu faktów. Jeśli zgadzamy się na zakaz mówienia o tym, to automatycznie zgadzamy się z inną podświadomą tezą żydowską, a mianowicie że jesteśmy rasistami, bo żydzi twierdzą że gdyby to wyszło na jaw to żydzi byliby dyskryminowani. W istocie, w takim zakazie żydowskim chodzi o coś innego. Po pierwsze, wyszło by na jaw że prawie wszystkie kierownicze stanowiska w Polsce, w mediach, sądownictwie, bankach i firmach a nawet w Kościele Katolickim są w rękach żydzowskich. Po drugie, takie podszycie umożliwia żydom popełnianie zbrodni na cudzy koszt, czyli Polaków. Chodzi o to, że żydzi udający Polaków popełniają intrygi i zbrodnie, za które inni żydzi w Polsce i na świecie winią Polaków.

    Oni, na zachodzie, naśmiewają się z naszych powstań narodowych, przedstawiając je jako głupotę, choć to oni je wywołali. Oni naśmiewają się z Polaków mówiąc „nasze kamienice a wasze ulice” choć to oni wymordowali i podstępnie wywłaszczyli Polaków z tych kamienic. Oni naśmiewają się z naszej tolerancji która pozwoliła im zrujnować i doprowadzić do rozbiorów nasz kraj.

    Żydzi cenią siłę. Żyd będzie lekceważył człowieka gdy ten mu pomoże. Lecz gdy da mu „w pysk”, w sensie przenośnym, to znaczy będzie trzymał krótko, to będzie takiego człowieka chwalił i przymilał się. Narzekał na niego będzie dopiero jak się wyrwie lub go zdominuje. Zresztą narzekał będzie nawet gdy tamten był dla niego bardzo dobry. Mentalność azjatycka. Żyd zawsze będzie narzekał na goja który stał wyżej od niego lub był lepszy lub był zdolniejszy lub … itd.

    Dlaczego my mamy udawać że pewni ludzi w Polsce są kimś kim nie są? Dlaczego mamy łamać swoje charaktery?

    Czy ktoś podrzucając sąsiadowi jadowitego węża wymaga aby ten udawał że jest to kotek?

  11. Mieczyslaw Says:

    Pelna zgoda Panie Marku

  12. Mieczyslaw Says:

    Wspomnienia Albina Siwaka z ksiazki pt. „Trwałe ślady” z roku 2002.

    ”Świadom jestem faktu, że treść tej książki wywoła liczne burze i chęć zemsty. Mimo tych obaw, podjąłem decyzję, by nie zabierać ze sobą do grobu tego wierzchołka góry lodowej. Mam podstawy, by twierdzić, że problemy PRL-u i III Rzeczypospolitej są celowo i starannie zasłonięte przed Narodem, przez wiele formacji politycznych różnych barw i ideologii, a szczególnie przez Żydów, licznie ulokowanych na różnych szczeblach władzy. Wierzę, że z czasem i sprawdzeniu wielu tu opisanych spraw, historia i historycy, a także politycy przyznają mi rację”.

    ”(…) 4 stycznia 1972 roku w Warszawie zebrał się Centralny Komitet Żydów w Polsce. Mam wykaz nazwisk i tematy tam omawiane. Chodzi o to, żeby polską gospodarkę uzależnić i firm i finansjery żydowskiej w taki sposób, by po kilku latach Żydzi mieli decydujący wpływ na to, co się dzieje w Polsce. Wtedy, gdy otrzymałem te materiały nie byłem jeszcze politykiem ogarniającym swą wiedzą tę dziedzinę życia i polityki i dlatego nie zwróciłem większej uwagi na te sprawy. Jeśli poruszano temat Żydów, uważałem, że to Polacy „przeginają” niepotrzebnie temat.

    Absorbowały mnie sprawy związków zawodowych, problemy budownictwa i praca mojej brygady. Dlatego nie analizowałem informacji otrzymanej od przyjaciela i nie przywiązywałem dużej wagi do tego tematu. Ten jednak dał mi kolejną notatkę, z której wynikało, że 4 marca 1972 roku ponownie zwołano Centralny Komitet Żydów w Polsce. W czasie tego spotkania zajmowano się osobami narodowości polskiej, zajmującymi kluczowe stanowiska w administracji państwowej, partyjnej i wojskowej.

    Najogólniej rzecz biorąc Żydzi podzielili ludzi sprawujących władzę na swoich i obcych. Postanowiono odsuwać od władzy i z życia społecznego ludzi nieżyczliwych Żydom. Nadal jednak dość chłodno odnosiłem się to tych wiadomości. Poważnie zainteresowałem się sprawą dopiero po otrzymaniu kolejnej informacji mówiącej o nadzwyczajnym posiedzeniu prezydium Centralnego Komitetu Żydów, w dniu 11 czerwca 1978 roku, w którym zasiadały osoby, które jednocześnie pełniły wysokie funkcje w polskim rządzie i w Biurze Politycznym PZPR. Rozpatrywano tam sprawę podwyżek cen na artykuły żywnościowe, w tym mięsne aż o 80%. W czasie obrad tego żydowskiego prezydium padły tam słowa: „Trzeba potrząsnąć drzewem, żeby spadły zepsute owoce”. Tymi „zepsutymi owocami”, które chciano strząsnąć z drzewa mieli być Gierek i Jaroszewicz.

    Wytypowane zostały zakłady, w których dojdzie do rozruchów, a więc będzie to „Ursus” i radomski „Walter” oraz „Naftoremont”. Oszołomiony tą informacją z początku nie mogłem uwierzyć, że możliwe jest takie manipulowanie załogami robotniczymi. Jednak po dwóch dniach słyszę w Sejmie jak Premier Jaroszewicz mówi: Mięso i jego przetwory zdrożeją o 69%, a drób o 300%, oraz, że towarzysz Pierwszy Sekretarz Edward Gierek popiera te podwyżki.
    Następnego dnia po wystąpieniu Premiera Jaroszewicza, tj. 25 czerwca dochodzi do fali strajków i protestów w Radomiu, Ursusie i Płocku. 26 czerwca odbywa się telekonferencja Edwarda Gierka z Pierwszymi Sekretarzami Komitetów Wojewódzkich PZPR. Gierek mówi: Uważam, że w ciągu dnia jutrzejszego i w poniedziałek muszą odbyć się we wszystkich miastach wojewódzkich masowe wiece. Nawet po sto tysięcy ludzi, muszą to być ludzie dobrani. W oparciu o dobrany materiał muszą towarzysze powiedzieć, że nie popierają metod chuligańskich i narzuconej woli niewielkich grup. Towarzysze, jest to potrzebne jak słońce, jak woda, jak powietrze. Jeśli tego nie zrobicie to będę musiał się zastanowić”.

    W trakcie pełnienia funkcji szefa Komisji oraz członka Biura Politycznego, generał zaproponował mi przewodniczenie polskiej delegacji na Zjazd Partii w Kampuczy. Ze względu na zdobycie nowego doświadczenia i poznania tego egzotycznego kraju, chętnie się zgodziłem. Po powrocie poszedłem do niego, by zdać mu relację z tej wizyty, a on przywitał mnie pochwałą: Wiem, że przyjęto wasze wystąpienie bardzo dobrze i dużo rozmawialiście z Pierwszym Sekretarzem i członkami ich Biura Politycznego. Następnie zapytał mnie: Co ciekawego zauważyliście w ich życiu działalności? Zwięźle i konkretnie przedstawiłem generałowi przebieg całego Zjazdu, oraz tematy poruszane w czasie naszych rozmów.
    – Czy już wszystko, spytał, innych uwag nie macie?
    – Mam, ale wolałbym ich nie przedstawiać, bo nie chcę was towarzyszu zdenerwować.
    – Mimo to, proszę powiedzcie mi, o co chodzi, bo nie lubię niedomówień.
    – Oni, towarzyszu generale, cieszą się z faktu, że są inną rasą niż my Europejczycy i, że nikt z Europy nie może wmieszać się w ich władzę.
    – A konkretnie, o kogo im chodzi?
    – Konkretnie o Żydów. Oni bardzo dokładnie wiedzą, co Żydzi robili w ZSRR będąc w NKWD i kto to był Beria. Znają też nazwiska naszych Żydów w Polsce i tych, co w Ameryce doszli do fortun i władzy. I z tego są szczęśliwi, że ich ten rak, jak sami mówili, nie toczy.
    Jaruzelski pomyślał chwilę i odrzekł:
    – To nieprawda, że nie mają swojego raka. U nich tym rakiem są Wietnamczycy i oni mogą się w ich rasę wmieszać. A w ogóle, rozumując jak wy, towarzyszu Siwak, doszlibyśmy do podważenia przyjaźni między narodami. A przecież chodzi nam po dobre stosunki i przyjaźń między narodami.
    – Towarzyszu generale (przerwałem niegrzecznie), dlatego nie chciałem wam o tym mówić, ale skoro już o tym mowa, to uważam, że dobre stosunki między narodami to sprawa, o którą warto i trzeba walczyć i umacniać te stosunki. Natomiast sprawa, nazwijmy to mniejszości narodowej, i to takiej, która wcale pięknie się nie zapisała w naszej historii, to jeszcze inny problem. Dlatego proszę was, poprzestańmy na tym, co już zostało powiedziane.
    Ta rozmowa umocniła generała w przekonaniu, że jestem źle do Żydów nastawiony, sam tolerował ich, a często nawet głośno mówił, że Żydzi są inteligentniejsi od Polaków. O tym, że tak sądził, świadczyć może sprawa Urbana, któremu powierzył funkcję Rzecznika Prasowego rządu”.

    Mój kolega z MSW, stwierdził tak:
    „Wielu generałów, którzy chcieli awansować, dało namówić się na żony Żydówki, bo one były gwarancją, że będą lojalni.
    Mój przyjaciel, generał Wacław Czyżewski, wyjaśnił mi tę sprawę tak:
    Kiedy skończyłem studia i awansowałem, to wezwano mnie do kadr i mówią – Towarzyszu generale, zapowiadacie się na dobrego dowódcę i jest przed wami duża przyszłość, ale musicie rozwieść się z żoną, a my wam damy inną – nie Polkę. Oczywiście, że odmówiłem, bo po pierwsze, mieliśmy już troje dzieci, a po drugie, sam sobie żonę wybrałem i nie pozwolę, by ktoś mi dyktował w tych sprawach. Oczywiście, że to zważyło na moich awansach.
    Byliśmy z Moczarem przyjaciółmi i wszystko o sobie wiedzieliśmy – mówił generał Czyżewski. Przecież całą okupację dowodziliśmy partyzantką na Lubelszczyźnie i tajemnic przed sobą nie mieliśmy. I ten głupi Mietek uległ im i rozszedł się z żoną Polką. Przez całe życie tego gorzko żałował i zmądrzał dopiero przed śmiercią, gdy stwierdził:
    Pochowajcie mnie między Polakami na Porytowych Wzgórzach”.

  13. Admin Says:

    Marek S.:

    „Czy ta dziedzina (sztuka i rzeźbiarstwo) jest opanowana zupełnie przez antypolaków?”

    Proszę rzucić okiem, wszystko bdb opisane:

    https://stopsyjonizmowi.wordpress.com/2011/08/28/spisek-przeciwko-sztuce-%E2%80%93-czesc-i/

    https://stopsyjonizmowi.wordpress.com/2011/08/31/spisek-przeciwko-sztuce-%E2%80%93-czesc-2/

    Podam przykład, jakiś czas temu byłem na wystawie pt: „Kult ura mięsa”:

    http://kult-ura-miesa.pl/

    To, jaki ujrzałem na niej kicz, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. „Dzieła” pt: „poduszka w prosiaczki” czy stół uszykowany jak na wizytę księdza po kolędzie z kościelnym kielichem wypełnionym czerwoną farbą były tam zdaje się największymi „atrakcjami”.

    Takich to dzisiaj produkuje się „artystów”.

  14. thetomek4791 Says:

    Oczywiście Paniem Mieczysławie,Wszystko jest utajnione i zasłonięte przed narodem,bo za wszystkim stoją żydzi.A któżby inny.Cala PRL i tzw.III RP jest kontunuacją polityki żydowskiej.Nawet IV RP.Aprops związków zawodowych.One też były infiltrowane,przesiąknięte żydostwem.Oni musieli o wszystkim wiedzieć przecież hehe.Toteż okrągły stół zwany cyrkiem,zdradą wyglądał jak wyglądał.Dziękuje Panu osobiście za te informacje.Pozdrawiam serdecznie

  15. yeti Says:

    Albin Siwak napisał:


    „Piszą, i słusznie, że system władzy w ZSRR już się sam walił po zamachu Żukowa na Berię i Kaganowicza. Że po rozbrojeniu dywizji NKWD – Żydzi uciekali ze Związku Radzieckiego w takim tempie i ilości, że trudno ich było przewieźć tam gdzie chcieli.”

    O co chodzi? Czy ktoś słyszał o tym i mógłby podać jakieś szczegóły i jakieś źródła? Pierwszy raz o tym czytam i jest to dla mnie sensacja.

  16. yeti Says:

    yeti :
    Albin Siwak napisał:


    „Piszą, i słusznie, że system władzy w ZSRR już się sam walił po zamachu Żukowa na Berię i Kaganowicza. Że po rozbrojeniu dywizji NKWD – Żydzi uciekali ze Związku Radzieckiego w takim tempie i ilości, że trudno ich było przewieźć tam gdzie chcieli.”

    O co chodzi? Czy ktoś słyszał o tym i mógłby podać jakieś szczegóły i jakieś źródła? Pierwszy raz o tym czytam i jest to dla mnie sensacja.

    Ponawiam pytanie.

  17. Mieczyslaw Says:

    #15
    BEZ STRACHU
    Rozdział XV 
    Rusłanowa
    Taka jest PRAWDZIWA HISTORIA KOMUNISTYCZNEJ Rosji…
    Albin Siwak

    W 1989 roku pracowałem jako radca ambasady polskiej w Trypolisie w Libii. Mogłem poruszać się po całym obszarze Libii, co zresztą robiłem, odwiedzając licznych rozrzuconych tam Polaków, nie mogłem natomiast przyjeżdżać do Polski, wtedy, kiedy chciałem i samemu wyznaczać sobie termin urlopu. Według specjalnej uchwały biura politycznego, członkowie Komitetu Centralnego mogli przyjeżdżać na posiedzenia KC wyłącznie z Europy, rzekomo, z Afryki były już za duże koszty podróży.
    Koledzy mówili mi jednak że uchwałę tę wymyślono i wprowadzono w życie wyłącznie z mojego powodu. Mimo że byłem w Libii, byłem przecież nadal członkiem Komitetu Centralnego i bano się, że zabierając głos, mogę pokrzyżować plany najwyższej trójce, to jest – Jaruzelskiemu, Siwickiemu i Kiszczakowi. Od paru lat wiedziałem, że nastąpi zmiana ustroju, gdyż informacje, jakie otrzymywałem zawsze były prawdziwe. Więc i tą, że Polska jako pierwsza w bloku socjalistycznym rozpocznie proces zmiany ustroju, traktowałem poważnie i wierzyłem w to.
    Do dziś żyją moi koledzy, którzy tuż przed odlotem do Libii przyszli mnie pżegnać. Wtedy bez ogródek powiedziałem im, że wyjeżdżam z Polski socjalistycznej, ale jak wrócę, będzie tu już panował zdziczały, bandycki kapitalizm. Wszyscy wtedy głęboko zaprotestowali.
    – „Więc Wam powiem, że ta lawina już ruszyła i w Polsce nie ma już ludzi, żeby ją zatrzymać” – powiedziałem.
    Na te słowa też oznajmili, że się mylę. Następnego dnia odlatywałem. Przechodziłem specjalnym przejściem, a w salonce VIP zebrało się ponad sto odważnych osób, mówię odważnych, bo dokładnie odnotowano kto przyszedł mnie pożegnać. I tu powtórzyłem to samo zdanie:
    – „Zobaczymy się w kapitalizmie, a nie socjalizmie”.
    Wcale nie dodałem otuchy znajomym, gdyż wielu z nich wiedziało, że jeśli tak mówię, to w oparciu o dobrą wiedzę. Ja z kolei byłem pewien że jeszcze dziś ci co trzeba otrzymają notatkę z tego co mówiłem.
    Dowodem, że tak się stało jest fakt, że byłem jedynym członkiem KC, dla którego specjalnie wymyślono uchwałę, o której wspomniałem. Owszem, byli przede mną członkowie KC w Libii, ale wtedy mogli się jeszcze swobodnie poruszać do kraju. Równolegle byli też członkowie nieomal we wszystkich krajach naszego bloku, ale do nich ta uchwała się nie stosowała. Szkoda więc, że tylko mnie dotyczyły te obostrzenia, bo byłem zdecydowany również na zmianę tego co było na coś lepszego.
    Cały duży zespól ludzi pracował nad tym w końcowej fazie ustroju, ale nasze plany zakładały jako kanon, że kopalnie, huty, koleje, żegluga morska i banki zostaną w rękach państwa, reszta będzie z kolei sprywatyzowana po uprzednim tzw. remanencie całego majątku. Tymczasem wielu moich kolegów dogadało się już z ludźmi Solidarności i ustalili co i jak podzielą między siebie.
    Wielu z nich przychodziło już wcześniej do mnie i mówiło:
    – „Albin, czemuś ty taki głupi. Chodź do nas, a nie będziesz żałował. I tak rozdrapią to wszystko, jeśli my nie weźmiemy w porę”.
    Oficjalnie wieszali psy na działaczach Solidarności, nieoficjalnie – spotykali się i przy wódce robili plany jak przejąć konkretne zakłady. Kiedy moi towarzysze i ich koledzy z Solidarności zorientowali się, że ja odmawiam wchodzenia w taki układ, to po roku 1989 uknuli, że wszyscy mądrzy i inteligentni, którzy ze mną trzymali, teraz się mnie wstydzą i unikają.
    Dziennikarzom, z powodu mojej wojny z ich szefem St. Bratkowskim, było to na rękę, więc umacniano społeczeństwo w przekonaniu, że odcięli się ode mnie i to słusznie, bo byłem najbardziej twardym betonem wśród betonu. Dlaczego taką formę walki ze mną wybrali, opisuję w innych rozdziałach.
    Wracam jednak do roku 1989. Moja żona i dzieci otrzymywały urlop co roku, ale nigdy razem ze mną. Z początku nie mogłem zrozumieć dlaczego, dopiero mój przyjaciel z MSW, gdy przyjechał do mnie wyjaśnił mi dwie sprawy.
    – „Dają ci, Albin co roku służbowy samochód jak jesteś na urlopie?” – pyta.
    – „Tak, dają”.
    – „A zastanawiasz się, co ty wozisz w tym samochodzie i z kim rozmawiasz? Jutro – mówi przyjaciel – przyjadę do ciebie z kolegą i zobaczymy co ty wozisz w tym samochodzie”.
    Następnego dnia ustawili w mieszkaniu aparaturę i przyjaciel zaproponował, że pojedziemy na spacer. Odjechaliśmy kilka kilometrów i w tym czasie rozmawialiśmy o wielu sprawach.
    – „Myślę, że wystarczy. Jedziemydo domu” – mówi.
    A tam kolega przyjaciela puścił nam przez głośnik wszystko to, co obaj rozmawialiśmy.
    – „Nie będziemy usuwać z samochodu tego, co tam włożyli. Ale ty musisz wiedzieć z kim rozmawiasz i co mówisz. A przede wszystkim, fakty świadczą za tym, że chcą cię złapać z jakąś dziewczyną. Uważają, że skoro jesteś sam, bez żony, a dom stoi pusty to musi to nastąpić”. 
    Poradzili mi co zrobić z tą aparaturą w samochodzie i telefonie w domu. Dali mi magnetofon i wspólnie napisaliśmy piosenkę, nagraliśmy ją i teraz puszczałem ją w samochodzie, a piosenka była wulgarna i określała tych, co podsłuchują takimi epitetami, że sam się dziwiłem, że mogłem coś takiego zaśpiewać. No, ale spędziłem trzydzieści kilka lat na budowie to „łacina” była midobrze znana. Pewnego dnia dzwoni ktoś do mnie, kładę słuchawkę na podłodze obok magnetofonu i puszczam swój utwór, wreszcie człowiek po drugiej stronie nie wytrzymuje i krzyczy do mnie:
    – „Panie, wystarczy, że w samochodzie godzinami słucham kto ja jestem i komu służę, a pan w domu to samo. Daj mi pan popracować i żyć. To moja praca i nie obrzydzaj mi pan jej”.
    Od tamtej pory przestałem więc nadawać swój utwór, ale żadnych rozmów też nie było.
    I właśnie w 1989 roku, będąc na urlopie w Polsce, spotkałem znajomego. Od pierwszego słowa zaczął mi opowiadać, że jadą z żoną na wycieczkę do Związku Radzieckiego.
    – „A co ty teraz robisz?” – spytał mnie.
    – „Nic, mam jeszcze badania na choroby tropikalne i amebę, a potem wracam do Libii”.
    – „To może byś z nami pojechał na tę wycieczkę?” – proponuje.
    – „Nie pojadę, bo nie mam złotówek to raz, a po drugie mam tylko tydzień czasu”.
    – „Tydzień to starczy – zaczął się cieszyć mój przyjaciel – a złotówki my mamy i za ciebie zapłacimy”.
    No i prawie że siłą mnie na tę wycieczkę zabrali, ale nie żałuję, bo spotkałem w Moskwie osobę, o której dużo słyszałem, ale nigdy osobiście nie spotkałem.
    Pierwszego dnia pobytu w Moskwie zdecydowałem, że nie pójdę ze znajomymi do muzeum na Kremlu, gdyż znam go na pamięć, tylko zostanę w hotelu.
    – „Nigdy tego nie zobaczycie jako wycieczka, gdyż te najważniejsze sale i eksponaty nie są udostępniane i ani Rosjanie, ani wycieczki zagraniczne nie oglądają tego, co pokazują gościom z bratnich partii. Zobaczyć jednak warto i to co pokazują, idźcie koniecznie” – mówię im.
    Gdy po śniadaniu znajomi pojechali na cały dzień, ja zacząłem dzwonić do kilku osób, które przez pięć lat jako członek biura politycznego blisko poznałem. Nie miałem żadnego planu ani wybranej osoby, zdając się na to, kto z nich będzie w domu i kto zechce się ze mną spotkać. Gdyby były to lata panowania Berii, dzwonienie z hotelu do np. marszałka Kulikowa czy Kostikowa wywołałoby natychmiast alarm, zaraz miałbym pod drzwiami opiekę, która by już oka ze mnie nie spuściła dopóki byłem na ich terenie. Ale to był rok 1989, w Polsce następują radykalne zmiany, u nich uciekają Żydzi, wyżsi oficerowie KGB i NKWD, w pośpiechu do Izraela i na zachód. Beria nie żyje, a na Łubiance – mateczniku żydowskiej władzy – popłoch po tym, co zrobił marszałek Żukow. Więc i telefonami moimi nie było się komu zainteresować.
    Okazało się jednak, że marszałek Kulikow jest akurat na Krymie w ośrodku rządowym „Jużny”, a Kostikow wyjechał gdzieś na ryby, nie mówiąc nawet żonie gdzie. Kolejnego miałem w notesie zapisanego Aleksego Meresjewa, byłego pilota myśliwca z czasów wojny. Napisano o nim książkę pod tytułem „Opowieść o prawdziwym człowieku”. Został strącony poza linią frontu na terenie zajętym przez Niemców, miał zmiażdżone obie nogi do kolan i w takim stanie w zimie czołgał się kilka dni do swoich do linii frontu. Wyleczył się, ale obie nogi miał amputowane. Mimo to do końca wojny latał ponownie jako pilot myśliwca na specjalnie dla niego skonstruowanym myśliwcu. Poznaliśmy się w wyniku pewnych zdarzeń, co opisałem to już w „TrwałychŚladach”.
    Przyznam się, że czytając o nim książkę myślałem, że napisano ją w celach propagandy i że, naprawdę tak nie było, ale mogłem sam dotknąć jego protez i sprawdzić. Aleksy okazał się człowiekiem bardzo miłym i przy późniejszych wizytach w Moskwie odwiedziłem go dwa razy. A ponieważ zawsze mnie zapraszał to spróbowałem i teraz zadzwonić. Okazało się, że jest i prosi mnie, żebym zaraz przyjechał, nawet wysłał po mnie swój samochód. Nie widzieliśmy się parę lat, ponieważ ja byłem w Libii. On już powinien być na emeryturze lub jako inwalida wojenny odpoczywać, ale był człowiekiem-historią, człowiekiem-symbolem, o którym zrobiono dwa filmy fabularne, więc reprezentował weteranów, których po wojnie było bardzo dużo. Przywitał mnie bardzo ciepło i, pokazując ręką przedstawił mi starszą panią mówiąc krótko, bez imienia – Rusłanowa.
    Z początku nie poznałem tej pani i nie skojarzyłem jej z główną sprawą, jaka miała miejsce za czasów Berii. W Rosji jest wiele takich samych nazwisk i to uśpiło moją uwagę. Kojarzyłem natomiast, że musi być osobą zasłużoną, skoro jest u Meresjewa. Tu pierwszy lepszy weteran nie mógł być i tak swobodnie się zachowywać. Zaczęliśmy rozmawiać i ja opowiadam, że jestem z przyjaciółmi prywatnie na wycieczce, a że znajomi Rosjanie mówili, że jak tylko będę w Moskwie, żebym do nich zadzwonił, więc dzwoniłem, ale marszałek Kulikow odpoczywa na Krymie, a inni się porozjeżdżali. 
    Na dźwięk nazwiska Kulikow starsza pani zareagowała natychmiast:
    – „Wy znacie się z marszałkiem?” – pyta.
    Mówię że tak. 
    – „Dobrze się znacie?” – spytała znów.
    – „Myślę, że dość dobrze, na tyle, że mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi”.
    – „A chcecie z nim rozmawiać?” – spytała ponownie.
    – „Chcę, ale nie mam takich możliwości”.
    – „Zaraz będziecie z Wiktorem rozmawiać” – powiedziała.
    Podeszła do biurka i powiedziała do mikrofonu:
    – „Połączcie nas z Jużnym na Krymie, z marszałkiem Kulikowem”.
    Za chwilę kobiecy głos mówił:
    – „Marszałek jest na plaży, podajcie swój numer, a my oddzwonimy”.
    Rzeczywiście, za kilka minut tubalny głos marszałka grzmiał w głośniku.
    – „Wiktor, tu Rusłanowa, jestem u Aloszy w biurze, a do niego przyjechał Polak, który mówi, że jesteście przyjaciółmi, jego nazwisko – Siwak”.
    – „Oczywiście, że to mój przyjaciel” – mówił marszałek i zaczął mnie pozdrawiać i witać.
    – „A co ty robisz w Moskwie?” – spytał mnie.
    Mówię, że jestem przejazdem z przyjaciółmi i jedziemy jutro na Krym.
    – „No to świetnie! – mówił marszałek – bo ja jestem w „Jużnym”, to znany ośrodek rządowy. A kiedy dokładnie i gdzie przyjeżdżasz?” – pyta.
    – „Jutro lądujemy o dziesiątej na lotnisku w Symferapolu”.
    – „Dobrze, będzie mój samochód i zabierze ciebie z przyjaciółmi do mnie do „Jużnego”.
    – „Ale oni mają wykupiony hotel w Jałcie na pięć dni” – mówię.
    – „Nie szkodzi, będą z tobą – zadecydował sam – więc do zobaczenia!” – zakończył rozmowę ze mną i poprosił do mikrofonu Rusłanową.
    „Ty też przyleć z nimi koniecznie!” – powiedział i wyłączył się, głośno pstrykając wyłącznikiem.
    – „Ot i masz, nie spytał się, czy chcę lub czy mogę, tylko mówi «ty też masz przylecieć», jakbym była jego oficerem do dyspozycji” – mówiła Rusłanowa.
    Ale od ręki zaczęła załatwiać na ten sam lot dwa miejsca przez telefon.
    Mówię jej, że mam bilet i przyjaciele też.
    – „Przecież nie polecę bez męża, bo mnie zruga Kulikow” – odpowiedziała.
    Następnego dnia na lotnisku w Moskwie Rusłanowa zaczęła mnie szukać na sali odlotów. Słyszę jak obsługa lotniska zwraca się do jej męża, mówią do niego towarzyszu generale, mimo że jest w cywilnym ubraniu. A w Symferopolu tuż przy schodach samolotu stała wojskowa limuzyna, do której wsadzono całą naszą piątkę i pojechaliśmy znanymi mi drogami na „Jużny”. Przed wejściem do administracji stał marszałek i kilku jego oficerów.
    Uściskał mnie i mówi:
    – „Twoi przyjaciele są moimi przyjaciółmi i będą z tobą przez te dni, a moi przyjaciele są twoimi przyjaciółmi”.
    Od tego momentu jedliśmy razem i odbywaliśmy długie spacery nad morzem.
    Wieczorem w jego apartamencie przyjął nas troje, to znaczy mnie z Rusłanową i jej mężem. I tu dopiero zorientowałem się, kim jest Rusłanowa.
    – „Ja opowiem ci, jaką tragiczną ona ma przeszłość – zaczął Kulikow – ona sama nie lubi mówić o tym, przez co przeszła. A przeżyła tak jak tysiące kobiet rosyjskich piekło na ziemi”.
    – „Wiktor – zaczęła protestować Rusłanowa – a kogo to interesuje cośmy przeżyli, to już historia i lepiej do niej nie wracać”.
    Ale marszałek był innego zdania.
    – „Jego to interesuje. A w ogóle to świat powinien wiedzieć, jakie mieliśmy życie i kto je nam tak ułożył. Nalej po kieliszku! ”- zwrócił się do męża Rusłanowej.
    – ”Za to, żeby nasze kobiety nie były więcej upadlane i gwałcone”.
    Szybko wypił i postawił kieliszek.
    – „Ona – pokazuje na Rusłanową – to bohater Związku Radzieckiego. Sam Żukow osobiście dekorował ją medalem zwycięstwa. Nie za to ilu zabiła faszystów, bo nie zabiła żadnego, ale za to ile wiary i męstwa każdego wieczoru wlewała w serca żołnierzy tuż przy linii frontu.
    Ona cudownie śpiewała, śpiewała tak, że zahartowani żołnierze płakali, słuchając jej słów. Napełniała ich wiarą w zwycięstwo i siłą do walki z wrogiem. Co wieczór zwożono tłumy żołnierzy z okopów na jej koncerty. Tak było przez całą wojnę, że szła za frontem ze swoimi pieśniami i wiele razy była ostrzelana na scenie przez niemieckie samoloty lub artylerię, ale nigdy nie rezygnowała ze śpiewania. Żołnierze zdejmowali ze swoich piersi odznaczenia i dawali jej w dowód podziękowania, gdyż nic innego wtedy nie mieli. Osobiście przyjmował ją sam Stalin i też dziękował. I przez tę znajomość ze Stalinem spotkał ją okrutny los.
    Otóż, jeszcze przed wybuchem wojny ona zainteresowała się losem tysięcy dziewcząt z domów arystokracji rosyjskiej i bogatych Rosjan. Minister spraw wewnętrznych wydał oficjalny dekret, który rozplakatowano naulicach miast w Rosji, mówiący, że córki zgładzonych rodziców mają obowiązek zgłosić się do odpowiednich urzędów w celu „socjalizacji”. Obowiązek ten nałożono na dziewczęta od 16 do 20 roku życia, starsze nie nadawały się na „socjalizację”. 
    Całą tę operację Bromsztein powierzył swojej znajomej, Żydówce Aleksandrze Kołłątaj. Ona była prekursorką emancypacji tych dziewcząt, która polegała na uprawianiu orgii seksualnych.
    W wielkim, dobrze pilnowanym gmachu Jekaterymburga przebywało kilka tysięcy dziewcząt zwiezionych z całej Rosji. Ta Żydówka Kołłątaj, przydzielała poszczególnym ministrom i dowódcom wojskowym dziewczęta wraz z pismem ile ich jest i w jakim są wieku. Rusłanowa posiadała te pisma, gdyż do niej zgłaszali się o ratunek krewni tych dziewcząt. Oporne dziewczęta były gwałcone przez żołnierzy – często kilkudziesięciu – na stole, a ich ręce i nogi były przywiązane. Następnie wywożono je i topiono w rzece Kubań i Karasuń.
    W Piotrogradzie taki sam dom prowadziła żona Łuczarskiego. Rusłanowa posiadała od lekarzy, którzy mogli tam wejść, dokumenty stwierdzające, że na 1100 dziewcząt do szesnastego roku życia, bo takie tam przebywały, 80% było zarażonych chorobami wenerycznymi, a na 500 do piętnastego roku życia wszystkie, według lekarzy, były zdeflorowane.
    Ale do napaści Niemiec na Związek Radziecki Rusłanowa nie miała na Kremlu żadnych znajomości lub ludzi będących przy władzy, była jeszcze mało znaną piosenkarką, na którą władza nie zwracała uwagi. Dlatego nie nagłaśniała tragedii tych dziewcząt, potem całą wojnę była pochłonięta śpiewaniem, więc nie zwróciła na siebie uwagi Berii i jego służb… Natomiast po wojnie była zapraszana m.in. do Stalina i jego otoczenia i tam śpiewała. Po wojnie, dotarli do niej ludzie, którzy mówili jej, że nawet na ulicy tajniacy aresztują ładną dziewczynę i przetrzymują pod Moskwą w celu przygotowania dla Berii i jego przyjaciół. Często z różnych zespołów pieśni i tańca wyciągano dziewczęta, jako wrogów ludu i aresztowano, one też służyły temu samemu celowi.
    Kiedy Rusłanowa zebrała wystarczająco dużo dowodów, że łapie się dziewczęta jak zwierzęta i zmusza do seksu, przekazała to wszystko Stalinowi. Stalin miał swój negatywny pogląd do Żydów, ale po tym wydarzeniu zmienił swój stosunek do Żydów i był im wyraźnie nieżyczliwy, likwidował ich ze swego otoczenia bądź awansował, ale daleko od Kremla. Było to też związane z powstaniem państwa Izrael, i oficjalnym podpisaniem umowy o współpracy Izraelskiego Mosadu i amerykańskiej CIA . Stalin przeląkł się poważnie, że ci co są na Kremlu mogą przekazywać Izraelowi, a ten Amerykanom co się u niego dzieje.
    Tak więc zginął Zinoniew, Kamieniew, Bucharin, Kirów, Tuchaczewski, Rykow, Rakowski, Piątakow. Nie darował Trockiemu – ludzie Stalina szukali go wiele lat, aż dopadli i brutalnie zarąbali motyką.
    Beria i jego ludzie szybko zorientowali się co się dzieje i zaczęli energicznie usuwać ludzi, którzy według nich mieli wpływ na Stalina. Oczywiście Rusłanowa jako pierwsza została posądzona o zdradę Związku Radzieckiego i otrzymała dożywocie w łagrach. Nie pomogło to, że jej mąż był generałem ani że Stalin parę razy pytał się Berii, czy aby się nie pomylili, skazując Rusłanową. Tak więc bohaterka wojny z Niemcami teraz była więźniem, była wrogiem narodu, bo zainteresowała się orgiami Berii i jego ludźmi i rozmawiała o tym ze Stalinem.
    – ”Polej jeszcze” – zwrócił się marszałek do męża Rusłanowej – bo jak o tym mówię to wnętrzności mi się trzęsą”.
    No i nikt nie mógł wpłynąć na decyzje Berii, nawet Żukow zwracał się do niego z pismem i prośbą, by ponownie przejrzeli sprawę Rusłanowej. Ale Beria odpowiadał, że są niezbite dowody na wrogą działalność Rusłanowej. W tym samym czasie aresztowano i zesłano na katorgę wiele żon działaczy najwyższego szczebla, między innymi żonę Kalinina, który piastował wysoką funkcję na Kremlu.
    Żony wielu generałów siedziały w gułagach, a ich mężowie byli bezradni, by je uratować. Przecież Piotrowi Jaroszewiczowi pierwszą żonę też aresztowali w Związku Radzieckim i zmarła w gułagu na Wschodzie. Prośby generała Berlinga nie pomogły, bo uznali, że jest wrogiem ludu. Koniecznie trzeba było coś w tej sprawie zrobić, gdyż nikt nie znał dnia ani godziny, kiedy pod zarzutem wroga narodu mogli zamknąć i zabić albo wsadzić do łagrów na Dalekim Wschodzie.
    Żukow miał opinię największego antysemity w Związku Radzieckim. Jego od dawna Żydzi chcieli zlikwidować, ale Żukow miał za sobą całą Armię Czerwoną, a ta była dwunastokrotnie większa od armii Berii. Żukowa wojsko kochało, a Berii jego podwładni się bali. Dlatego też Żukow uchował się długo, bo był przebiegły. Nawet sam Goebels w swoich pamiętnikach napisał, że gdyby Związek Radziecki nie miał takiego stratega jak Żukow to wojna miałaby inny przebieg.
    Druga sprawa – mówił marszałek Kulikow – jest to, że Stalin zrozumiał, że nie zna się na strategii wojennej i oddał dowodzenie w ręce Żukowa, co dla armii okazało się sukcesem, a Hitler do ostatniej chwili był zdania, że sam jest wybitnym dowódcą. Ale wracając do Żukowa – kontynuował marszałek. Żukow słusznie uznał, że najlepszą formą obrony jest atak. I do tego ataku na Berię dobrze się przygotował.
    Jeszcze za życia Stalina w 1952 r. na posiedzeniu biura politycznego, którego on i jego zastępca byli członkami, podjął niezbędne kroki. Zwrócił się do Stalina z prośbą o zgodę na ćwiczenia kilku dywizji pod Moskwą i częściowo w samej Moskwie. Na co Stalin odpowiedział:
    «Jesteś przecież głównodowodzącym i nikt nie musi wydawać ci zgody, po prostu zrób, jeżeli uważasz, że trzeba».
    Ale Żukow i tu był przebiegły.
    «Wolę mieć tę zgodę na papierze – poprosił – to wy towarzyszu Stalin jesteście w Armii Czerwonej najwyższy rangą i macie stopień generalissimusa i ja wam podlegam».
    I Stalin podpisał tę zgodę w obecności całego biura politycznego.
    Wywiad Żukowa znał plany i zamiary NKWD, a także osobiste Berii i Kaganowicza.
    Żukow postanowił uprzedzić atak na siebie swoim atakiem na Berię.
    Po śmierci Stalina w marcu 1953 r. postanowił wykorzystać wcześniej daną mu zgodę na manewry przez Stalina, w połowie marca 1953 r.
    Żukow wezwał do siebie wszystkich dowódców tej grupy armii, którzy mieli brać udział w manewrach w mieście i poza miastem. Wcześniej Żukow przeprowadził potajemnie rozmowy z większością zaufanych członków biura politycznego i przygotował ich do wydarzeń, mieli przy sobie jak nigdy dotąd broń osobistą. W dniu posiedzenia biura politycznego wezwani dowódcy jednostek pojawili się na godzinę przed posiedzeniem biura. Gdy wjeżdżaliśmy za bramę ministerstwa obrony to już skóra cierpła, gdyż w bramie leżały worki z piaskiem, a na stanowiskach karabiny maszynowe. Na dachach wszędzie rozmieszczeni byli żołnierze, jak również i na klatce schodowej i to wszyscy w hełmach i z bagnetem na broni. To wyglądało na coś bardzo poważnego.

    Do zebranych na sali dowódców przyszedł Żukow i powiedział:
    «wezwałem was bez komisarzy politycznych, ponieważ komisarze to nie Rosjanie.
    Dziś macie wykonać moje rozkazy, które otrzymacie za chwilę w kopertach. Za niewykonanie karzę rozstrzelać! Za złe wykonanie rozstrzela was Beria ze swoimi zbirami, bo jak się operacja nie uda to nikt nie przeżyje włącznie ze mną. Macie niecałą godzinę do rozpoczęcia. Główny ciężar tego zadania biorę na siebie z marszałkiem Wasilewskim. Ten kto będzie zajmował Łubiankę niech pamięta, że tam Rosjanie nie pracują i musi wiedzieć co zrobić, zajmując ten gmach» – opowiadał marszałek Kulikow.

    Przyznam się, że mróz chodził mi po plecach jak słuchałem Kulikowa. Od Maszerowa znałem częściowo tę historię, ale teraz dopiero w szczegółach usłyszałem od uczestnika tej akcji jak naprawdę było. Parę lat później po tej rozmowie miałem okazję spotkać na Krymie ludzi, którzy potwierdzili tę sprawę.
    I dalej:
    – ”Żukow przyszedł na posiedzenie biura politycznego razem z Wasilewskim. Beria i Kaganowicz siedzieli dokładnie naprzeciw nich po drugiej stronie stołu. Ale, między Berią a Kaganowiczem był mały biały stolik, a na nim biały aparat telefoniczny bez tarczy, wystarczyło podnieść słuchawkę i odzywał się oficer dyżurny na Łubiance. Chodziło o to, żeby żaden z nich nie zdążył podnieść tej słuchawki.
    W tym celu Wasilewski podniósł rękę i przeprosił, mówiąc, że zostawił termos po tamtej stronie stołu na szafce i chce go wziąć przed rozpoczęciem biura. 
    Gdy podszedł do szafki, szarpnął za kabel od tego białego aparatu, ale obaj – tak Beria, jak i Kaganowicz – zorientowali się i chcieli sięgnąć po broń. Żukow trzymał już broń skierowaną wprost na nich, więc obaj podnieśli ręce i rozbrojono ich.                

  18. Marek S Says:

    Panie Mieczysławie,

    Jeśli Pan może, to niech Pan wklei dalszą część. Przypuszczam że wiele osób jest zainteresowanych dalszym rozwojem wypadków i jak to było.

  19. Anonim Says:

    ad#18
    Nie posiadam ksiazek Albina Siwaka. Zaraz po ukazaniu sie zniknely jak biale kruki. Nie ma ich w antykwariatach a nawet w Allegro. Caly naklad dwoch jego ksiazek zostal wykupiony przez ”nieznanych sprawcow”. Swego czasu p.Albin szukal wydawcow (chyba na poczatku roku) ale nie znam tej historii do konca.
    Jak tylko otrzymam dalszy ciag wkleje za pozwoleniem Admina.
    Pozdrawiam

  20. Mieczyslaw Says:

    #18
    Moze na razie inny cymesik z najnowszej – nie nauczanej w zadnych polskich szkolach – historii Polski?

    BEZ STRACHU – Generał Zygmunt Berling
    TOM I – CZĘŚĆ XII, Rozdział XI
    Albin Siwak

    Jako siedemnastoletni chłopak wróciłem z Mazur do Warszawy z marzeniem odbudowy stolicy. Moim drugim pragnieniem było zostać wojskowym. Ale inwalidztwo całkowicie wykluczało wojsko, o którym mogłem rzeczywiście tylko marzyć. Godzinami patrzyłem na równo maszerujących żołnierzy i oficerów. Rembertów, gdzie do dziś mieszkam, to nie tylko poligony i strzelnice, ale przede wszystkim uczelnie wojskowe, czyli kuźnia kadry oficerskiej. I chociaż co jakiś czas z powodów politycznych zmieniano nazwy tych uczelni, to najważniejsza zasada była i jest ta sama: wojsko, musi dobrze strzelać, prowadzić pojazdy itd., nieustannie się uczyć, bo przecież co pewien czas wchodzą nowe technologie, nowe uzbrojenie, ale wojsko to przede wszystkim ludzie których nauczono pięknie chodzić krokiem marszowym. To naprawdę było coś pięknego, gdy pluton czy kompania, a czasami cały pułk, dokonywał zwrotów w marszu i przed komendą „stój” przybijał w ziemię butami, aż ptactwo z pobliskich drzew uciekało spłoszone hukiem uderzeń zelówek o beton. Przyglądając się wówczas żołnierzom, którzy zapewne, żeby tak chodzić wylali morze potu, myślałem o tym, żeby w czasach pokoju nauczyć mężczyzn porządnie chodzić. Przykro nieraz patrzeć, jak mężczyzna dwudziesto – czy trzydziestoletni nie umie iść jak należy ulicą, powinno się każdego brać na takie przeszkolenie. Ale to były marzenia, zupełnie nie przystające do rzeczywistości.
    Nigdy nie pomyślałbym jednak o tym, że w swoim życiu poznam tylu wojskowych i to tak wysokiej rangi. A to, że będą przede mną stawać na baczność i salutować, absolutnie nie przychodziło mi do głowy. Tymczasem każdy służbowy lot samolotem, w kraju czy za granicę, miał to do siebie, że nim weszło się na pokład to dowódca – przeważnie generał, ale niekiedy pułkownik – składali członkowi biura meldunek o sprawności maszyny i celu lotu. Gdy zostałem członkiem Komitetu Centralnego to zdarzało się i to dość często, że zapraszano nas na różne ćwiczenia i pokazy sprawności naszego wojska. Właśnie w takich okolicznościach poznałem generała Berlinga.
    Rano pojechałem na lotnisko wojskowe, skąd mieliśmy lecieć do Szczecina-Dąbia na zakończenie ćwiczeń. Obok mnie stała grupa generałów, z którymi się przywitałem. Za chwilę doszedł generał Władysław Hermaszewski, rodzony brat polskiego kosmonauty i zameldował generałowi Siwickiemu, że samolot jest gotów do startu.
    W czasie lotu generał Berling, siedzący parę foteli przede mną, zaczął się rozglądać, aż po chwili wstał i podszedł do miejsca, gdzie siedziałem z generałem Czyżewskim. Podał nam rękę na przywitanie i spytał, czy może obok usiąść.
    – „Tak, siadaj” – odpowiedział Czyżewski – „To towarzysz Siwak” – przedstawił mnie Berlingowi.
    – „A tak, tak wiem” – powiedział Berling – „Podziwiam was, że nie boicie się tej sfory wred-nych ludzi. Uważnie czytam wasze wystąpienia” – dodał Berling.
    „Czemuś od nich odszedł?” – spytał Czyżewski Berlinga, na co tamten odpowiedział:
    – „Za dużo tam cebuli”.
    – „Co ty mówisz? Cebuli nie jadają, perfumują się i co ty tam czujesz?” – drąży Czyżewski.
    – „Wacek, ja ci powiem tak. Żeby trzy razy dziennie brali prysznic i obleli się butelką francuskich perfum, to i tak Żyd z nich wyjdzie. Dlatego nie mogę z nimi siedzieć, rozumiesz?” – dodał Berling.
    – „Czy nie boisz się tak mówić?” – zastanawiał się Czyżewski.
    – „A co oni mogą mi jeszcze zrobić. Co chcieli to już zrobili. Zabić mnie chyba się boją” – dodał.

    Na platformie, z której oglądaliśmy wystawione pułki i przemarsz wojska, general Berling trzymał się z nami. Tak samo w kasynie i w drodze powrotnej do Warszawy. Gdy po odejściu Berlinga, żegnałem się z Czyżewskim, ten stwierdził:
    – „Traf chciał, że rzeczywiście w tej grupie generałów, gdzie usiadł Berling, byli generałowie w większości pochodzenia żydowskiego”.

    Później widywałem Berlinga wiele razy, czy to w loży honorowej w Sali Kongresowej na różnych uroczystościach państwowych, czy w pochodach pierwszomajowych na trybunie. Zawsze zamieniałem z nim parę zdań i miałem wrażenie, że chętnie ze mną rozmawia. Raz byliśmy obaj wśród zaproszonych gości podczas wręczania awansów na wyższe stopnie generalskie i wtedy Berling spytał się mnie, czy ja zdaję sobie sprawę z tego, że jak na razie to ludzie, którzy mają odwagę źle mówić o Żydach, nie wygrają tej batalii.
    Mówię mu, że tak.
    – „Ale ja, krytykując często kogoś, nie wiedziałem, że on jest akurat Żydem – tłumaczę –
    Po prostu denerwował mnie sposób, w jaki ten człowiek podchodził do racji stanu. Później dopiero od przyjaciół dowiedziałem się, że ten krytykowany przeze mnie człowiek to Żyd. Ale moim celem wcale nie było krytykowanie Żyda, tylko towarzysza partyjnego który swoimi decyzjami działał na szkodę Polsce.
    – ”Przecież na gębie nie mają gwiazdy Dawida i ja nie rozróżniam, kto Żyd, a kto Polak” – odpowiedziałem Berlingowi.
    – „To źle – stwierdził general – Poruszacie się po omacku, a wtedy łatwo samemu sobie nabić guza”.
    Wyjął wizytówkę i powiedział:
    – „Tu jest mój telefon i adres. Zadzwońcie kiedyś i wpadnijcie do mnie do domu”.
    Po paru dniach zadzwoniłem i zgodził się tego samego dnia mnie przyjąć. W domu generała olbrzymi pokój pełen był książek i pamiątek z wojny, cały stół i biurko zajęte przez arkusze papieru zapisane ręcznie. A gdy zauważył, że ciekawie oglądam te zapisane arkusze – powiedział:
    – „kończę i przerabiam to, co napisałem”.
    Usiedliśmy przy stole i żona generała, pani Maria, przyniosła herbatę. Berling trzymał filiżankę w ręku i długo mi się uważnie przyglądał. Gdy odezwał się, nie mówił mi „to-warzyszu”, jak do tej pory.
    – „Panie Albinie, zaprzestań pan wojny z Żydami, bo oni tak to odczytują – powiedział – Pan, strzelając, jak sam mi o tym powiedział, nie wie nawet, że trafia w Żyda. Ale oni są święcie przekonani, że pan doskonale wie, kim oni są i robi to celowo. Tej wojny z nimi nikt z Polaków nie wygra, a ten problem, musi dojrzeć jak owoc nim spadnie z drzewa.
    ONI sami, bardzo pośpiesznie pracują, a przez swoją chytrość i pewność pracują na nowy holokaust, który wcale nie w Polsce wybuchnie. Szkoda pana, bo jeśli zechcą – a widać już, że chcą – to zniszczą pana. Pół Polski uwierzy w wersję, którą o panu puszczą, a panu nie starczy życia, żeby się z tego szamba wygrzebać. Po to poprosiłem pana na tą rozmowę. Ja swoje już przeszedłem i znam ich metody i sposoby niszczenia ludzi” – powiedział Berling.
    Siedzieliśmy jeszcze z pół godziny, ale generał już mało mówił. Byłem przekonany, że on ma rację, że toczę walkę bez perspektywy, bez cienia szansy, że ktoś publicznie przyzna mi rację, nie mówiąc już o zwycięstwie.
    Kolejna uroczystość, jaka miała miejsce w Sali Kongresowej, odbywała się już bez generała Berlinga. Na jego pogrzebie tych najważniejszych osób, dzierżących władzę, oczywiście nie było, bo uważali go za swego wroga. Wszak do wrogów na pogrzeby się nie chodzi, tylko wysyła sobie wiernych, żeby zobaczyli, czy rzeczywiście zakopali go porządnie i nie wstanie.
    Upłynęło trochę czasu i gdy byłem już członkiem biura politycznego i przewodniczącym Komisji Skarg i Interwencji, przyszła do mnie pani Maria, wdowa po generale Berlingu z synem Januszem.
    – „Panie Albinie, zaczęła swą sprawę – jak pan wie, mieszkamy w budynku dla wojskowych. Przysłali pismo, że mamy z synem opuścić ten lokal, ale dają nam nowe mieszkanie. Tyle że syn ma żonę i dwoje dzieci, a ja chciałabym mieć osobno malutkie mieszkanie. Pomóż pan nam, prosimy” – błagała wdowa.
    Zawsze, kiedy sprawa dotyczyła generałów, zasięgałem rady czy tylko informowałem o sprawie generała Jaruzelskiego, który z reguły kazał taką sprawę załatwiać pozytywnie.
    I tym razem tak zrobiłem. Generał Jaruzelski obarczył mnie przy tej okazji dodatkowym zadaniem:
    – „Sprawę trzeba oczywiście załatwić tak, jak oni sobie życzą, ale można by od razu załatwić i drugi problem. Berling od paru lat pisał pamiętnik, możemy się tylko domyślać, co tam było. Dobrze, żeby ten pamiętnik nie dostał się w niepowołane ręce. Spróbujcie tak załatwić, żebyście pożyczyli ten pamiętnik” – polecił mi generał.
    Szczerze mówiąc to ja sam miałem od dawna chęć dowiedzieć się, co general napisał. Sprawę mieszkaniową oczywiście załatwiłem tak, jak chciała jego rodzina, ale na temat pamiętnika nie miałem odwagi napomknąć. Czułem, że jak tylko pożyczą mi ten pamiętnik to od ręki będę go musiał oddać Jaruzelskiemu. Nie mógłbym tego zataić, bo przecież generał mógłby się dowiedzieć, że pożyczyłem pamiętnik i nie przekazałem w jego ręce. Myśl o tym, by przejrzeć notatki Berlinga nie opuszczała mnie jednak i cały czas myślałem o tym jak by je pozyskać do przeczytania. Sprawę ułatwiły mi pewne zdarzenia.

    Jednego dnia, gdy odjeżdżaliśmy samochodem spod Komitetu Centralnego, bo miałem jechać do Lublina na konferencję wojewódzką, w tym momencie przyszła pani Maria z kwiatami, aby mi podziękować. Mówię, że nie zabiorę tych kwiatów ze sobą, bo zwiędną i szkoda ich tylko.
    – „Ale odwiedzę panią w tym nowym mieszkaniu” – powiedziałem.
    Kazałem później oficerowi umówić się na tę wizytę, ale zaznaczyłem, żeby i syn był z nią wtedy w mieszkaniu. Gdy zajechałem z kierowcą i oficerem na miejsce, oboje już na mnie czekali. Zależało mi, by być podczas rozmowy bez świadków, więc wcześniej przeprosiłem kierowcę i oficera. Nigdy nie stosowałem takiej metody, żeby tych, co ze mną pracują wypraszać, gdy się spotykam prywatnie, chyba że druga strona sobie tego nie życzyła, wtedy tak. Zostaliśmy więc sami i zaczęliśmy rozmawiać jak im się żyje osobno.
    Zaczęli oboje mi dziękować i dawali do zrozumienia, że chcieliby jakoś wynagrodzić tak dobrze załatwioną sprawę.
    – „Pani Mario – mówię, pani mąż zapracował nawet na lepsze. Szedł na ratunek Warszawie, a właściwie ludności Warszawy, przekroczył Wisłę. Dał z siebie wszystko, narażając się w Moskwie”.
    W tym momencie pani Maria powie-działa:
    – „Gdyby pan wiedział, jakie mąż miał plany, co chciał zrobić, przekraczając Wisłę. Ale to, co planował nie pasowało Berii i Stalinowi do ich koncepcji politycznych. On chciał za wszelką cenę uratować te trzysta tysięcy młodych ludzi, którzy walczyli bądź przebywali wtedy w Warszawie”.
    – „Pani Mario, największą dla mnie nagrodą byłoby przeczytanie pamiętników męża. Czy moglibyście państwo mi je pożyczyć na tydzień?” – zapytałem.
    Ale nie odpowiedzieli ani tak, ani nie.
    – „Niech pan zadzwoni do nas za tydzień” – zaproponowali.
    Nie zdawałem sobie sprawy, w jak poważne kłopoty wchodzę przez te pamiętniki.
    Za tydzień, na posiedzeniu Biura Jaruzelski mówi:
    – „Myślałem, że uda się przy okazji towarzyszowi Siwakowi zdobyć te pamiętniki Berlinga. Trzeba je koniecznie od nich uzyskać, zaproponować za nie dużą cenę i kupić. Jeśli nie uda się ich wykupić to innym sposobem, ale trzeba je od nich zabrać”.
    I dalej mówił Jaruzelski o Berlingu:
    – „mógł w nich nieprzychylnie napisać o Związku Radzieckim za to, że go zdjęto z funkcji dowodzenia frontem nad Wisłą. Prawdopodobnie o wielu polskich generałach napisał źle, bo nie krył się z tym w rozmowach. Gdyby to ukazało się na Zachodzie, mielibyśmy duże nieprzyjemności z tego powodu. W tej sytuacji to zadanie powierzam Kiszczakowi i on musi znaleźć sposób, by je od nich dostać”.
    Zostało to przez Biuro Polityczne zaakceptowane, w tej sytuacji doszedłem do wniosku że nie uda mi się przeczytać tych pamiętników. Ale mądre przysłowie mówi, że jak coś ma wisieć to nie utonie. Tak też było i z tą sprawą.

    Mój oficer ochrony zameldował mi, że pani Maria dzwoniła już kilka razy, gdy nie było mnie w biurze. I rzeczywiście wtedy ciężko było mnie złapać w Warszawie. Jeden dzień w tygodniu poświęcałem w gmachu KC na przyjęcia ludzi, z reguły było to wtedy od ósmej rano do 23 w nocy, kolejny poświęcałem na sprawy związków zawodowych w biurze na Mokotowskiej, też do późna w nocy. Trzeci dzień to z reguły zaplanowane konferencje wojewódzkie w kraju, gdzie być musiałem, a pozostałe trzy dni upływały na spotkaniach z załogami różnych zakładów pracy. Ale na wizycie u pani Marii bardzo mi zależało, więc od ręki poprosiłem sekretarkę o połączenie.
    – „Panie Albinie – mówiła pani Maria – mąż wynajmował mały letni domek na Mazurach od przyjaciela. My z synem i dziećmi jedziemy tam na sobotę i niedzielę. Zapraszamy pana w ten cudowny zakątek nad jezioro”.
    Podała mi adres i wyjaśniła, jak tam dojechać. Zakątek okazał się dobrze ukryty w kompleksie pojezierza Iławskiego. W miejscowości Sarnówek kończyła się droga i dalej dojechałem już gruntową chłopską drogą do kilku drewnianych domków nad jeziorem. Ludzie wskazali mi, do którego z nich przyjeżdża czasami pani Maria z synem i wnukami.
    Po przywitaniu generałowa mówi do mnie:
    „Ja widziałam, jak bardzo pan nabrał chęci przeczytać pamiętniki męża. Pożyczyć ich panu nie możemy ale tu proszę bardzo, niech pan sobie czyta. Mieliśmy wizytę od ministra Kiszczaka i chciano je kupić, ale syn się nie zgodził. Pomyślałam, że to znaczy, iż MSW podjęło zgodnie z decyzją Biura próbę pozyskania i zabezpieczenia tych pamiętników. Jak się im to nie udało teraz, to wymyślą coś innego, żeby je posiąść. Panie Albinie, na stryszku mąż miał swój pokoik. Tam spokojnie może pan sobie czytać pamiętniki, ale proszę nie wynosić ich z domu” – zapowiedziała.

    Czytałem już parę godzin i pani Maria przyniosła kanapki i herbatę.
    – „Wie pan – zaczęła mówić – mąż ukochał to miejsce, ale nie mógł tu kupić działki, bo tereny te są włączone w park narodowy. Te kilka domków to ziemia chłopska, oni tu mieli stodoły na siano, bo wkoło piękne łąki. No ale gdy na miejscu owych stodół pobudowali te domki, zrobił się wielki krzyk. Tyle że pobudowali je ludzie wpływowi i dali sobie radę, żeby nie rozebrano ich domków. To piękne jezioro z licznymi zatoczkami i wysepkami ciągnie się od Iławy daleko na północ i nazywa się Jeziorak. Jutro syn przewiezie pana motorówką i sam się pan przekona, jak tu cudownie”.
    Ale nie popłynąłem, bo zależało mi na przeczytaniu całości pamiętników Berlinga.

    Następny dzień czytałem do wieczora. Odpisałem sobie sporo ważniejszych wspomnień z życia generała, a było ono tyleż ciekawe, co i trudne.

    Berling znalazł się w Moskwie w Zarządzie Głównym Związku Patriotów Polskich, w którym tylko on był Polakiem oraz Aleksander Zawadzki i Bogdan Sokorski. Reszta to byli Żydzi, którzy utworzyli już nowy polski rząd, chociaż Polska była jeszcze pod okupacją Niemców.

    Aresztowano Berlingowi żonę, która w jednym z gułagów na wschodzie zmarła z głodu i zimna. Znałem przecież własnoręcznie napisane pamiętniki W. Gomułki. One porażały faktami które później A.Werblan wyczyścił, żeby nie kompromitowały Żydów.

    Ale tu wyzierała tragedia ludzi i kraju. Berling nie mógł otwartym tekstem mówić ani do oficerów z Katynia, Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa, Korowa, ani do swych żołnierzy nad Oką, gdzie tworzył pierwszą dywizję WP. W sercu i głowie nosił plan, jak pomóc ojczyźnie.

    W tym czasie wśród Polaków, którzy znaleźli się w Związku Radzieckim, był najwyższym rangą wojskowym. Gdy miał te rozmowy pod Moskwą, to wówczas nie znał prawdy, że już część oficerów polskich nie żyje, Rosjanie nie pałali miłością do polskich oficerów, tym bardziej do generałów, ale dobrze wiedzieli, jaką przeszłość miał Berling, jakie ma poglądy polityczne, a w tej chwili potrzebny im był człowiek, który po opuszczeniu armii Andersa mógłby tworzyć polską armię na terenie Związku Radzieckiego.
    Berling opisuje, jakie miał kłopoty, gdy został już członkiem Związku Patriotów Polskich w Moskwie. Z obrzydzeniem opisuje ludzi, którzy stworzyli ten związek.
    Wanda Wasilewska oraz Berman też nie mieli do niego zaufania, wyrabiali u Stalina złą opinię o Berlingu.
    – ”Stalin – jak pisał w pamiętnikach Berling – zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnego wyboru, jeśli idzie o postawienie na czele Wojska Polskiego Polaka, któremu by zaufali Polacy zgłaszający się do wojska. Owszem byli w Związku Patriotów Polskich w Moskwie Polacy, ale tylko dwóch plus Berling, pozostali ludzie w związku to Żydzi.
    Bogdan Sokorski nie nadawał się na dowódcę armii, a Aleksander Zawadzki stawiał dopiero pierwsze kroki w wojsku i też do roli szefa pierwszej armii nie miał kwalifikacji”.
    Stalin z dwojga złego wybrał mniejsze zło, czyli Polaków.

    Jak mocno podkreśla to we wspomnieniach generał Berling, Związek Patriotów Polskich w ogóle nie widział w swoich planach Polski jako państwa, ale jako siedemnastą republikę.
    Na naradach często padały tam znane Polakom określenia typu:
    – „na h.. nam Polska”.
    Stalin, z tylko jemu znanych powodów, takich propozycji nie przyjmował, a nawet irytowały go te wnioski.

    Sokorski i Zawadzki zgadzali się z pomysłami Berlinga, by tworzyć polską armię, ale tylko wtedy gdy byli sami, a już na naradach w związku nie pisnęli ani słowem, żeby poprzeć koncepcję Berlinga.
    – „I tak już było – pisał Berling – z każdą sprawą. Przyznawali mi obaj rację tylko, gdy byliśmy sami. Wiele trudnych rozmów odbyłem ze Stalinem, nim go przekonałem o konieczności powołania do życia Pierwszej Dywizji Polskiej. I tu doczytałem się czegoś, w co nie mogłem uwierzyć, że miało to miejsce” – notował generał.

    Wiele lat później po tym jak przeczytałem pamiętniki Berlinga, byłem na Krymie na urlopie. Przebywali tam również na urlopach radzieccy dygnitarze, w rozmowie z którymi usłyszałem taką oto wersję związaną dokładnie z sytuacją opisaną przez Berlinga. W rozmowie tej, uczestniczyłem wówczas nie tylko ja, ale i Marian Woźniak oraz generał Dziekan.
    Otóż, general Berling po wielu rozmowach ze Stalinem przekonał go, że można by wcielić do polskiej armii polskich oficerów będących w radzieckiej niewoli. Mowa tu o tych, którzy już zostali zamordowani w Katyniu i Miednoje. Wtedy kadry oficerskiej nowo tworzona armia polska w ogóle nie miała, tylko nieliczni byli ci, co mieli jakąś wiedzę i praktykę wojskową, a nawet wielu nie umiało czytać i pisać. Strona radziecka też nie dysponowała aż tyloma oficerami, żeby nam przekazać, poza tym chodziło o to, by nową polską armią dowodzili Polacy.
    Tak więc na Krymie w rozmowie, w której brali też udział Dobrynin i Kulikow, Berling dostał od Stalina zgodę na spotkanie się z polskimi oficerami i żołnierzami, którzy byli przetrzymywani w obozie pod Moskwą. Stalin obwarował to jednak swoimi warunkami, mianowicie wszyscy, którzy zechcieliby wstąpić do nowej armii polskiej, musieliby – każdy indywidualnie – złożyć przysięgę słowną i na piśmie jako dokument lojalności wobec władzy radzieckiej.

    Berling, ucieszony, zaraz pojechał na spotkanie do Polaków, ale nie był sam, bo Stalin rozkazał mu zabrać Wasilewską i opiekę radzieckiej bezpieki.
    W pamiętniku Berling w tragicznych słowach opisuje, jak przebiegało to spotkanie.
    Gdy polscy oficerowie dowiedzieli się, kto do nich przyjechał to w ogóle nie chcieli wyjść z baraków na plac, gdzie miało się odbyć spotkanie. Dopiero rozkaz radzieckich dowódców tego obozu zmusił Polaków do wyjścia. Nie dali jednak dojść Berlingowi do słowa, nie milkły też gwizdy i okrzyki „zdrajca”. Kilka razy Wanda Wasilewska kazała Berlingowi wycofać się i odjechać. Sama poszła do baraku dowództwa radzieckiego i nie wychodzili więcej, bo jej też naubliżali i to nie przebierając w słowach.
    – ”Długo nie dawali mi – pisze Berling – bym mógł coś powiedzieć. Gdy się stopniowo uciszyło, zacząłem mówić, że najważniejszą rzeczą jest ocalić życie. Czas ma to do siebie, że goi bolesne sprawy. Nie mogłem przecież – pisze Berling – krzyknąć: Byłem otoczony kilkudziesięcioma funkcjonariuszami bezpieki i wiedziałem, po co oni tu przyjechali. Więc musiałem mówić, że teraz najważniejsze to pokonać wojska hitlerowskie i wyzwolić Polskę, że można to robić, ale razem z Armią Czerwoną. Liczyłem, że zrozumieją moje intencje, że domyślą się, o co mi chodzi. Niestety nie stało się tak.
    Zaczęli śpiewać coraz głośniej ! Powstań, Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf, albo zgon!. Znów zaczęli krzyczeć: Zdrajca!! Tylko siedmiu oficerów wyraziło zgodę na warunki, jakie postawiłem – pisał Berling. Musieliśmy dostać większą ochronę, żeby nas nie ukamienowali, bo zaczęli rzucać kamieniami.
    Wściekła Wasilewska krzyczała na mnie:

    Było mi ciężko na sercu. Nie moglem się pogodzić z myślą, że oto być mo-że sami na siebie wydali wyrok, bo nie miałem wątpliwości, jak sprawę tę przedstawi Stalinowi Wasilewska. Ona, która nie tylko nie popierała inicjatywy stworzenia tu w Rosji polskiej armii, ale w ogóle razem ze swoim Związkiem Patriotów Polskich nie chciała, żeby po wojnie powstało państwo polskie” – zanotował Berling.

    Dodam w tym miejscu od siebie, że to stryjek późniejszego marszałka Polskiego Sejmu, będący wówczas w Związku Patriotów Polskich, mówił:
    – „na h.. nam Polska!”.
    Jego syn nosi oczywiście polskie nazwisko i też jest patriotą.

    Wracając do pamiętnika, Berling bardzo się obawiał reakcji Stalina na to, co zaszło w obozie. Przecież nie sam sprawował władzę, a wespół z ludźmi, którzy Polskę nazywali „bękartern”, z ludźmi żyjącymi nienawiścią do Polaków. Owszem, ci ludzie chcą Polski, ale jako republiki, gdzie porządek i spokój zapewniałaby Armia Czerwona a oni sprawowali by władzę i realizowali polecenia płynące z Moskwy.
    Ktoś, kto czytając to powie:
    – „Człowieku, a czy nie było tak, że właśnie w Polsce realizowano polecenia z Moskwy?” – będzie miał tylko częściową rację.
    Bo rzeczywiście trzeba było realizować główne kierunki polityki, dotyczące wszystkiego co było związane z obronnością, czyli polską armią, ukierunkowywano politykę zagraniczną, trzeba było trzymać się podziału zadań, co który kraj ma produkować i dlaczego, żeby uzupełniać zapotrzebowanie innych krajów socjalistycznych. Ale reszta – i to wcale niemało – była w polskich rękach.
    Przypomnę tu czytelnikom, że właśnie w tym czasie w Polsce Ludowej wybudowano najwięcej kościołów, rzemiosło prywatne i ogrodnictwo wtedy kwitło. Niedowiarkom proponuję przeczytać roczniki statystyczne, żeby się przekonali o prawdzie.
    W tym okresie jedynie Polska nie skolektywizowała rolnictwa, wszyscy pierwsi sekretarze KC mówili, że polskie rolnictwo będzie rodzinne, dziedziczone po rodzicach.

    Siedziałem na tym poddaszu i plan Berlinga wyłaniał mi się bardzo jasno.
    On myślał, że przekona polskich oficerów, że między wierszami wyczytają jakoś jego intencje – chciał nie tylko ich uratować, ale liczył, że dyskretnie będą mieli wpływ na swych podwładnych.
    Nie chodziło mu o to, żeby – jak oskarżała go Wasilewska – ”odwrócić broń na ruskich”. – „Tylko głupi robi sobie wroga na granicach swego państwa” – podkreślał.
    Liczył na to, że w powojennej Polsce nie musi być tak jak planował Związek Patriotów w Moskwie, że trzeba będzie wypracować formę współżycia z sąsiadami, nie tracąc nic z tego, co narodowe i polskie. Liczył, że uratowani oficerowie spuszczą z tonu i zrozumieją, że nie należy rzucać życia na stos jak śpiewali, ale chronić je, bo jest to dobro narodowe. jeśli polec za Ojczyznę to nie bezmyślnie, z fantazją, po polsku, ale w ostateczności. Berling pisał o tym, że ten śpiew głęboko go raził, bo nie wolno nikomu ryzykować i rzucać na szalę byt Polski.

    Minęło dziesiątki lat i w prasie z dnia 6-7 stycznia 2007 roku wyczytałem, jak polski profesor, doktor habilitowany Andrzej Romanowski pisze:
    – „Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój triumf albo zgon. Te słowa – pisze Andrzej Romanowski – obrażają mnie. Obrażają najgłębsze moje uczucia, mój zmysł moralny. Sama myśl o tym, że Polska może skonać jest zbrodnią. Wolno – pisze dalej profesor – oddać każdemu majątek, przynieść życie w ofierze, ale bytu Polski ryzykować nie wolno. Jej przyszłości ryzykować nie wolno ani jednostce, ani zbiorowości, czy organizacji jakichkolwiek ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Po-laka, tego czy innego obozu politycznego. Człowiek, który ryzykuje byt narodu jest, jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”.

    Słowa te pisze nie jak jakiś komuch – jak nazywają ludzi PRLu – ale jak człowiek, który miał odwagę PRL krytykować i wskazywać na tragiczne jego błędy. Dziś między innymi tematami, słusznie zwraca uwagę na szaleństwo rządzących którzy – jak widać – zasiadają do tej gry nie tylko z cudzymi pieniędzmi, ale w ogóle bez nich, mając pełną gębę frazesów, że czynią to dla dobra Polski.

    Pisze dalej Berling, że Stalin po tym fakcie nie chciał już rozmawiać na ten temat.
    – „Myślę – pisze Berling – że Wasilewska jednak go przekonała co do przyszłości losów polskich oficerów. My obecnie wiemy, że ich wymordowano.
    Jestem pewien, że szalę, żeby wymordować oficerów przechylila Wasilewska – pisał generał. Ona, jak pisało wielu autorów, była jakiś czas kochanką Stalina, ale i Beria przyjmował ją wielokrotnie na swej daczy, co nawet Sokorski napisał w swojej książce.
    Jeśli tak rzeczywiście było, to bardzo prawdopodobne, że ona tą kroplę przelała.

    W pamiętnikach general Berling nawiązuje do Piotra Jaroszewicza, do jego relacji mówiącej jak Polaków przewożono w głąb Rosji, gdy ZSRR, z racji układu Ribbentrop-Mołotow zajęli polskie tereny. Jest to relacja wstrząsająca. Jaroszewicz był nauczycielem języka polskiego na terenie zajętym właśnie przez ZSRR.
    – „Zimą w wagonach bydlęcych, bez ogrzewania i posiłku wieźli nas wiele dni na wschód, ludzie załatwiali się w słomę tam, gdzie leżeli. Pierwsze nie wytrzymywały mrozu dzieci. Nawet pochować ich nie dawano, zabierali martwe dzieci i na naszych oczach rzucali obok toru kolejowego w śnieg. Widać, że nie były pierwsze, ze śniegu sterczały rączki lub część ciała już tam leżących od dawna.
    Umieszczono nas w barakach, trzeba było je jakoś ocieplić i ogrzać. Jeść dawali raz na dobę. Piotrowi zmarła żona i tam ją pochował. Umierało dużo ludzi, bo nikt się nie trosz-czył, że ktoś choruje, że umierają też nie – wspominał Ja-roszewicz. Jako, że znał rosyjski bardzo dobrze to Rosja-nie z tych robót zabrali go i przewieźli do Moskwy. „Gdy two-rzyliśmy pierwszą dywizję, pisze Berling, Jaroszewicza przy-wieźli Rosjanie. Podobał mi się, był skromny i uczciwy, bar-dzo pracowity. Nie szczędził czasu, żeby nauczyć żołnie-rzy czytać i pisać. Z tej racji, że górował nad innymi swym wykształceniem, został oficerem i tak zaczęła się jego woj-skowa kariera”.

    Generał Berling, opisuje też zjawisko nie znane wcześniej w polskim wojsku, a mianowicie komisarzy przy dowódcach wojskowych. Przyznaje, że to utrudniało dowodzenie i podejmowanie szybkich decyzji na froncie.
    Z reguły komisarzami byli Żydzi, co jeszcze bardziej zaogniało sytuację.
    No, ale w Moskwie Beria musiał być pewien, co dzieje się wśród wojska i od tego nie było ratunku.

    Wiele stron zapisał w swym pamiętniku generał Berling o awansach ludzi pochodzenia żydowskiego. Odnotowywał jak szybko i wysoko awansowali na wyższe stopnie, nie mając ani wykształcenia, ani praktyki.
    Czytając te fragmenty, zrozumiałem, dlaczego tak chciano pozyskać jego pamiętnik. Szczególnie zaciekawiła mnie końcowa część jego wspomnień.
    Otóż Berling po nieudanej próbie uratowania polskich oficerów podjął drugą, jeszcze bardziej ryzykowną, za którą zapłacił utratą funkcji dowodzenia polską armią nad Wisłą.
    On wyraźnie pisał, że w Warszawie tych, którzy walczą w powstaniu i tych, którzy nie walczą jest około trzystu tysięcy ludzi, dodajmy młodych i zdecydowanych.
    Jego planem było uratowanie tych ludzi. Wiedział, że w Związku Patriotów Polskich w Moskwie mówiło się o tym jak namówią Stalina – bo Berii nie musieli, gdyż był to ich człowiek – żeby tych Polaków usunąć z drogi do władzy w Polsce.
    Berling pisze, że nie ma na to dowodów, ale ma pewność, że właśnie ONI byli sprężyną do decyzji zatrzymania frontu na Wiśle i pozwolenia Hitlerowi na całkowite wymordowanie tej jakże cennej części narodu polskiego.
    Żywi psuli cały plan koncepcji rządzenia Polską.
    Berling nie ukrywa w swoich pamiętnikach, że spodziewał się, że i jego wykończą.

    Plany patriotów pokrzyżował Gomułka, tworząc rząd, partię i Komitet Centralny w Lublinie, ale zgodził się przyjąć ich część do swego rządu, zresztą sami się pościągali do Polski.
    I Berling, i Gomułka pisali, że:
    – ”bardzo żałują, że odwiedli Stalina od jego decyzji, by wysłać wtedy wszystkich Żydów przebywających w Związku Radzieckim na Wyspy Sołowieckie”.
    Stalin również czuł z ich strony zagrożenie i nie pomylił się z tymi przeczuciami.

    Dziś można z perspektywy czasu postawić pytanie:
    – czy gdyby udało się Berlingowi przekonać pozostałych oficerów i żołnierzy polskich i ocalić od wymordowania trzysta tysięcy młodych ludzi w Warszawie, to czy Stalin po wojnie zdecydowałby się ich pozbyć lub zamknąć, czy też oni mieliby wpływ na losy Polski?

    Wracając do pamiętnika generała Berlinga.
    Po przeczytaniu go chciałem się upewnić, co na ten temat znajduje się w archiwach w Komitecie Centralnym?
    Członkom Biura Politycznego wolno było czytać te dokumenty, ale musieliśmy pisać oświadczenia, w jakim celu chcemy poznać ich treść i podpisywać w tym oświadczeniu, że zachowamy tajemnicę. Znalazłem zapis, który pokrywał się z tym, co opisał w pamiętniku Berling. Różnica polegała na tym, że zapisy w archiwach sporządzali pracownicy Jakuba Bermana, a konkretnie L.Brystigerowa, więc oni te same sprawy zanotowali nieco inaczej.

    Jedynie treść depeszy Berlinga do Stalina jest wierna.
    Otóż Berling, gdy front doszedł do Wisły i zatrzymał się tam na parę miesięcy, widział sam, ale i miał notatki od oficerów Wojska Polskiego, że na już wyzwolonych terenach Urząd Bezpieczeristwa – który prawie w całości był obsadzony Żydami – masowo aresztuje, torturuje w więzieniach i bez wyroków sądowych rozstrzeliwuje ludzi. Aresztowanymi byli przeważnie ludzie wykształceni i ci, którzy oficjalnie źle mówili o nowej władzy.
    Berling pisał, że:
    – ”są to duże ilości ludzi i jak dalej tak pójdzie, to wymordują większą część polskiego narodu”.

    Nie mógł patrzeć na to obojętnie, a na jego uwagi nie reagowali, więc zdecydował się i wysłał depeszę do Stalina:
    – „Błagam Was, towarzyszu Stalin, pomóżcie Polsce. Trzeba wyrwać z rąk międzynarodowych bandytów trockistów w Urzędzie Bezpieczeństwa władzę. Jeśli dalej będą mieć władzę, taką jak mają to wymordują Polaków”.
    O tej depeszy wiedział tylko Drobner, ale niezwłocznie powiedział o niej Bermanowi.
    Wtedy Żydzi naradzili się i Radkiewicz zaproponował deportację Berlinga na wschód lub wydanie zgody na jego likwidację. Berman i Radkiewicz depeszowali w tej sprawie nie do Stalina, a do Berii, ale ten mimo swej ogromnej władzy uznał, że należy przekonsultować tę kwestię ze Stalinem.
    Stalin nie wyraził jednak zgody ani na deportację, ani na likwidację Berlinga.
    I takie dokumenty znalazły się w polskich archiwach, które osobiście czytałem.
    Stalin kazał wezwać Berlinga do Moskwy, nie przyjął go już osobiście, a zlecił załatwienie tej sprawy Bułganinowi.
    Ten prosto z mostu powiedział:
    – „Wrócić do Polski na razie nie możecie i to jest w waszym interesie. Będziecie studiować, na Akademii Woroszyłowa. Był czas i okazja, żeby do tego nie doszło, ale wy sami i Gomułka odwiedliście Stalina od jego decyzji”.
    4 października 1944 r. Berling został oficjalnie zdjęty z dowódcy armii Wojska Polskiego. Jak odnotowano w dokumentach decyzję tę podjęto pod naciskiem Komitetu Organizacyjnego Żydów Polskich, bo utworzony ZPP przekształcili już w Polsce w ten właśnie Komitet.

    Współcześni historycy powinni przeczytać te dokumenty znajdujące się w kraju, a na pewno są takie same w Moskwie, i odpowiedzieć na pytania:
    – Czy generała Berlinga zdjęto z dowódcy I Armii Wojska Polskiego z powodu przekroczenia Wisły i pomocy Powstaniu Warszawskiemu?
    – Czy za depesze do Stalina, bo polskojęzyczne, ale nie polskie środki przekazu wyrabiały u Polaków pogląd, że to Stalin zarządził, żeby Niemcy zdążyli wymordować w Warszawie polską inteligencję. A może to bardziej Żydom zależało na tym, żeby zginęli oni z rąk Niemców, a wtedy oni będą mieli czyste sumienie i mniej pracy?

    Wspomnę jeszcze, że Zydzi w archiwach KC i MSW mieli dokument, w którym Stalin wydał rozkaz generałowi Żukowowi (ale nie marszałkowi), żeby powołać zespół w Ministerstwie Obrony i Ministerstwie Spraw Zagranicznych, sporządzić razem listę Żydów polskich i deportować ich na wyspy Sołowieckie.
    Taki sam był w archiwach w Moskwie, gdyż dokładną jego treść przekazał mi Maszerow, członek Biura Politycznego KC KPZR.
    Na tej liście znaleźli się między innymi:
    A. Lampe,
    J. Berman,
    H. Minc,
    I. W. Groszowie,
    L. Brystigerowa,
    E. Ochab,
    E. Sammerstein,
    R. Zambrowski,
    B. Drobner,
    J. Bo-rejsza,
    E. Szyr,
    L. Szenwald,
    M. Waszkowski,
    M. Węgrowski,
    M. Mietkowski,
    E. Werfel,
    Z. Modzelewski.
    W sumie ponad sześćdziesiąt osób.

    Jakże boleśnie i gorzko zapłacili za swoje ocalenie Berlingowi, a później Gomułce.
    Obaj w swoich pamiętnikach napisali, że
    – ”przywieźli do Polski jadowitą żmiję, która pokąsała ich boleśnie, a chciała śmiertelnie”.

    W dokumentach archiwalnych wyczytałem jeszcze coś ciekawego.
    Otóż w 1943 roku, po śmierci Lampego, Jakub Berman przyjął po nim wszystkie sprawy, łącznie z tym, że potajemnie z Berią utworzyli w łonie Z.P.P., tajny komitet i już w Polsce nazwali go Komitetem Organizacyjnym Żydów Polskich.
    Ukrywając to przed Stalinem, nawiązali ścisły kontakt i umowę z Federacją Żydów Polskich w USA. Na czele tej organizacji stał Josek Tannenbaum, zaciekły wróg Związku Radzieckiego i komunizmu.
    Radziecki wywiad twierdził, że odsuwanie Żydów na Kremlu od władzy spowodowane było nie tylko tym, że izraelski Mosad podpisał umowę z CIA, ale i te właśnie fakty były ponoć znane Stalinowi.

    Na koniec generał Berling pisał, że:
    – ”działacze Z.P.P. w Moskwie podjęli bardzo silne działania, żeby nie dopuścić do utworzenia I Armii Polskiej w Związku Radzieckim. W tej sprawie Wanda Wasilewska i Alfred Lampe oraz Jakub Berman i kilku innych członków tego związku odbyli rozmowy z Berią, a następnie z Mołotowem i Malenkowem. Pisali też do Kaganowicza, zastępcy Berii. Jakub Berman napisał z kolei specjalne pismo do Stalina, uzasadniając, że nie należy tworzyć polskiego wojska”.

    Z dokumentów wynika jednak, że Stalin odpisał Bermanowi:
    – „Dowódcą polskiej armii będzie Berling. Wodzem musi być Polak i to rdzenny i taki, co zna wojsko i wojsko jego. Człowiek znany w Polsce, oficer myślący po polsku, bo inaczej nic z tego nie będzie. Ja Polaków znam i wiem, na co ich stać. To decyzja nieodwołalna”.

    Myślę, że Stalin znał Polaków, przecież – co można wyczytać w jego życiorysie, ale i on sam nie ukrywał tego faktu – jego dziadek ze strony ojca był Polakiem.

    Gdyby Berii udało się przechwycić władzę po śmierci Stalina, sprawy potoczyłyby się zapewne jeszcze inaczej. Ale Rosjanie czuwali już nad tym dobrze, bo Beria, zaraz po śmierci Stalina został aresztowany i stracony, zlikwidowano całkowicie oficerów politycznych w wojsku, ograniczono awanse Żydom i szczególnie znanych oprawców pociągnięto do odpowiedzialności.
    – „Zaraz po tym – pisał Berling – polscy Żydzi przestraszyli się i zaczęli wyjeżdżać. Dalekosiężne plany Żydów upadły i teraz trzeba z uporem pracować, by zdobyć całkowicie władzę. I to się im udaje dzięki zaślepieniu Słowian fałszem i obłudą”.
    Tak pisał generał Zygmunt Berling, odważny Polak, patriota, którego Żydzi przy pomocy Polaków chcieli wdeptać w ziemię.
    Ale gdyby nie jego upór i przyzwolenie Stalina, to tysiące Polaków wywiezionych do ZSRR zginęłoby w kopalniach, lasach i na budowach.

    W 1986 r. zapoznałem się z notatkami z archiwum akt tajnych dotyczących generała Z. Berlinga. Przypadek sprawił, że po powrocie z Libii w lutym 1990 roku poszedłem do gmachu KC po swoje dokumenty potrzebne mi do emerytury. W archiwum leżał na podłodze stos ściśle tajnych dokumentów, które ładowano do worków i wywożono do zakładów papierniczych do Konstancina-Jeziornej w celu zmielenia ich.
    Zobaczyłem, że są to skargi oficerów Wojska Polskiego skierowane do Komisji Zjazdowej z datą 1960 i późniejsze. A do mnie, do Komisji Skarg przychodzili także wojskowi skarżąc się, że Komisja Zjazdowa w ogóle im nie odpowiedziała. Pamiętam jak osobiście wnosiłem ten problem na posiedzenie biura politycznego, ale odpowiadano mi, że na skargi skierowane do Komisji Zjazdowej minionego Zjazdu odpowiedzieć może wyłącznie Komisja Zjazdowa przyszłego Zjazdu.
    Z tych skarg wyzierała rozpacz i tragedia ludzi, którzy podjęli walkę ze złem w wojsku.
    Pisali, jak awansuje się ludzi bez kwalifikacji i wykształcenia, jak niszczy się zdolnych oficerów tylko za to, że podejmowali tę walkę. Podawali setki przykładów zdrady i korupcji, wywożenia tajemnic techniki wojskowej na zachód.
    Zamiast odpowiedzi ci uczciwi wojskowi byli usuwani z wojska lub nie awansowani.
    I wtedy przypomniało mi się co mówił do Kostikoiva członek pierwszego – bo jeszcze przy Leninie – biura politycznego Rosji Radzieckiej. Że; u nich, też była Komisja Kontroli, ale lepiej było do niej nie pisać, bo piszący skargę ginął bez śladu.
    Przypomniały mi się słowa generała Z. Berlinga jak to Lampe głosił w Z.P.P.
    – „Na h? nam Polska i Polska Armia”.
    A dziś ich potomkowie, różnej maści działacze i funkcjonariusze tych ludzi uznają, że owszem Polska im potrzebna, bo w niej dorwali się do koryta i do władzy przy pomocy ogłupiałych Polaków.
    ***
    Zygmunt Berling (1896-1980) – polski wojskowy, polityk, generał Ludowego Wojska Polskiego oraz jeden z współtwórców 1. Armii Wojska Polskiego i Wojska Polskiego w ZSRS.

    Urodził się w Limanowej 27 kwietnia 1896 roku. Jeszcze przed wybuchem wojny udało się mu zdać egzamin dojrzałości. W szkole średniej zaangażował się w działalność niepodległościową, służył w Związku Strzeleckim. W czasie I wojny światowej, śladem innych mieszkańców Galicji, trafił do armii austriackiej i wreszcie Legionów Polskich, w których walczył od września 1914 roku. Służbę legionową zainaugurował najpierw w 2., a następnie w 4. pułku piechoty legionów. W sierpniu 1915 roku, po ukończeniu szkoleń dla oficerów, uzyskał stopień chorążego. Następnie awansował w listopadzie 1916 roku i został mianowany podporucznikiem. Po kryzysie przysięgowym nie został internowany, wszedł natomiast w skład Polskiego Korpusu Posiłkowego. Po wojnie zdecydował się na pozostanie w wojsku. Swą karierę rozpoczął od stanowiska dowódcy kompanii 4. pułku piechoty. Awansował do stopnia porucznika. W krótkim czasie rozpoczął edukację na studiach prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończył również kurs w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Warto podkreślić, iż w okresie wojny polsko-bolszewickiej walczył w obronie Lwowa, gdzie odznaczył się bitnością i męstwem. Dowództwo doceniło jego zaangażowanie, nadając mu Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari. W 1923 roku awansował do stopnia majora. Służył w 15. Dywizji Piechoty w V Dowództwie Okręgu Korpusu Kraków. W latach 1923-25 kształcił się w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Po przewrocie majowym opowiedział się po stronie Piłsudskiego, co umożliwiło mu dalszą karierę w Wojsku Polskim. W 1930 roku był już podpułkownikiem, a następnie pełnił służbę w 6. pułku piechoty oraz 4. pułku piechoty. W lipcu 1939 roku zwolniony ze służby czynnej. Przyczyną była sprawa rozwodowa. Komisja orzekająca w jego sprawie stwierdziła, iż dopuścił się zachowania niegodnego z honorem oficera. Przed wojną pracował jeszcze w Państwowym Instytucie Rozrachunkowym. Podczas kampanii wrześniowej nie był zaangażowany, siedział we własnym domu, w Wilnie. Wprawdzie upominał się o przydział, jednakże jego byli zwierzchnicy byli nieubłagani. Gdy tereny wileńskie zajęła Armia Czerwona, Berling został aresztowany przez NKWD. Więziono go w Starobielsku, a potem w Moskwie. Zdecydował się na współpracę z Sowietami, co niewątpliwie uratowało mu życie. Być może podzieliłby los swoich kolegów pomordowanych w Katyniu. Obok kilkunastu innych oficerów Berling stał się jednym z ludzi Związku Radzieckiego. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski został szefem sztabu 5. Dywizji Piechoty, wstępując tym samym do formowanej armii gen. Władysława Andersa. Po ewakuacji Armii Polskiej do Iranu Berling nie podporządkował się dowództwu i pozostał na terenie ZSRS, za co zaocznie skazano go na śmierć za zdezerterowanie. Teraz mógł bez przeszkód rozpocząć współpracę z prokomunistycznymi organizacjami polskimi. Nawiązał kontakt ze Związkiem Patriotów Polskich. M.in. za jego sprawą rozpoczęto tworzenie Wojska Polskiego na terenie ZSRS w 1943 roku. W maju został dowódcą 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którą następnie przekształcono w 1. Armię Wojska Polskiego. Został awansowany do stopnia generała. 1. Dywizją kierował m.in. podczas bitwy pod Lenino. Pierwsza batalia Polaków skończyła się katastrofą. Winą za niepowodzenie obarczano Berlinga, który w zły sposób szafował siłami swoich żołnierzy. W marcu 1944 roku został dowódcą 1. Armii Wojska Polskiego. Później, wraz z Armią Czerwoną wkroczył w granice Rzeczpospolitej. Gdy dowódcy radzieccy odmówili pomocy walczącym powstańcom warszawskim, Berling samowolnie zorganizował desant na Czerniakowie, za co pozbawiono go stanowiska. Akt ten był niewątpliwie patriotyczną manifestacją Berlinga, który z Pragi obserwował wykrwawianie się stolicy. Niestety, pomoc nie była wydatna, a żołnierze Berlinga po raz kolejny zostali zdziesiątkowani. To chyba przesądziło o losie niepokornego generała. 30 września 1944 roku Józef Stalin osobiście odwołał Polaka z pełnionego stanowiska. Taką przynajmniej wersję przedstawiał w swoich wspomnieniach Berling. Niewykluczone jest jednak, iż cała sprawa miała otoczkę polityczną, a generał stawał się groźnym konkurentem innych działaczy komunistycznych. Tak czy inaczej, skończyło to jego wojenną karierę wojskową. Do 1947 roku przebywał w ZSRS i kształcił się na Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Radzieckich Sił Zbrojnych w Moskwie. Starał się interweniować u Stalina w sprawie prześladowanych żołnierzy Armii Krajowej. Po wojnie pracował jeszcze jako komendant Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie, gdzie powrócił w lutym 1947 roku. W 1953 roku wycofał się poza scenę polityczną i rozpoczął pracę cywilną. Pełnił szereg funkcji – w latach 1953-1956 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Państwowych Gospodarstw Rolnych, 1956-1957 podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rolnictwa, w latach 1957-1970 zajmował stanowisko wiceministra leśnictwa – Inspektora Generalnego Łowiectwa. Zmarł 11 lipca 1980 roku i został pochowany na Powązkach w Warszawie

  21. Mieczyslaw Says:

    BEZ STRACHU
    Rozdział XV 
    Rusłanowa
    Taka jest PRAWDZIWA HISTORIA KOMUNISTYCZNEJ Rosji…
    Albin Siwak

    Ciag dalszy

    …Oczywiście, cały czas krzyczeli, że za chwilę będą tu ich ludzie i wszyscy zostaną aresztowani, ale w tej samej chwili wjechały czołgi i piechota wbiegła na dziedziniec Łubianki. Błyskawicznie zajęto cały gmach, a tych co próbowali użyć broni zabijano na miejscu. Jeszcze w trzech miejscach w Moskwie były rozlokowane oddziały NKWD, ale i te też zostały szybko rozbrojone, a ludzie aresztowani.
    Natomiast na Kremlu, do Berii strzelali wszyscy członkowie biura, taka była umowa, że nie jeden go likwiduje, ale wszyscy.

    Kaganowicz na rozprawie sądowej był autentyczny, a Beria dawno już nie żył, tylko dobrano dobrego aktora, który musiał go w sądzie zastąpić.
    Od tego momentu Żydzi zrozumieli, że nie tylko nie udało im się opanować Rosjan, ale trzeba uciekać i ratować życie, bo Rosjanie dojdą do prawdy i ujawnią kto wymordował tam miliony. No muszę jeszcze wypić, bo zaschło mi od tego mówienia w gardle” – rzekł marszałek Kulikow.
    Wypił i stawiając kieliszek powiedział:
    – „Poproś jutro Rusłanową to ci opowie o swoich dziesięciu latach w łagrach. To co ona tam widziała i przeżyła trudno jest zrozumieć i pojąć” – zakończył Kulikow.

    Rusłanową ułaskawiono po śmierci Berii, tak jak i inne siedzące tam kobiety.

    Siedzieliśmy na dużym balkonie z widokiem na Morze Czarne. Gwiazdy i księżyc odbijały się w wodzie, która tego wieczoru była spokojna.
    – ”Boże, jaki piękny jest świat, a jakie piekło ludzie potrafią zrobić innym na tym pięknym świecie – powiedziała Rusłanowa. Jeśli chcesz, to jutro w wieczór przyjdź tu to opowiem ci co przeżyłam. Widzę że marszałek traktuje cię jak dobrego przyjaciela, więc i ja tak samo muszę zrobić”.

    Następnego dnia wieczorem Kulikow mówi tak:
    – „Ja z jej mężem pójdziemy do kolegów generałów. A wiesz dlaczego? Bo to co ona ci powie to my po pierwsze znamy, a po drugie ona przy nas kolejny raz będzie się krępować mówić o tych sprawach. To co oni robili naszym kobietom, to ohydne bandyckie metody. Ale niech ona sama ci powie o tym”.

    Gdy zjedliśmy kolację Rusłanowa, zwracając się do mnie powiedziała:
    – „To straszna historia i nie wiem, czy powinieneś ją znać”.

    Zauważyłem, że już wczoraj, gdy marszałek Kulikow opowiadał mi jej historię i zlikwidowanie Berii, to ona, zwracając się do mnie mówiła mi nie na „wy”, jak zwyczajowo to mówią, ale na „ty”. Udawałem, że nie zauważyłem tej zmiany. Znam wielu Rosjan i wiedziałem, że bez względu na funkcję, jaką by nie pełnili, lubili do innych mówić na „ty”.

    – „Bardzo bym chciał znać waszą historię i jeśli czujecie się na siłach to proszę powiedzieć mi wszystko” – odparłem.
    – ”Dobrze. Przyjdź za godzinę na nasz balkon”.
    Ten balkon to była ogromna wnęka jak duży pokój, gdzie mieścił się stół i fotele, z góry rozciągał się cudowny widok na morze. Na stole stał już samowar i Rusłanowa nalała dwie filiżanki herbaty.
    – ”Samowar ma swój urok i tradycję rosyjską. Zobaczysz, jaką ja zrobię dobrą herbatę” – mówi. Rzeczywiście długo trwało to parzenie, ale piłem jedną filiżankę za drugą, tak mi smakowała.

    Usiadła na fotelu i nakryła nogi kocem.
    – „Tu dni są gorące, ale noce chłodne i wilgotne, a ja choruję na nogi i ręce. To pamiątka po latach łagrów. Nieraz wrzucano nas do dołu z zimną wodą i nakrywano deskami na całą noc. Teraz wychodzi mi to wszystko.
    Nie będę ci opowiadać jak nas sądzono. Bo to nie sąd był, ani obrony nie dopuścili, ani oskarżonym nie dali mówić. Po prostu wprowadzano nas po kilka kobiet na salę. Stojąc słuchałyśmy oskarżenia – które jak się później zorientowałam, prokurator odczytywał wszystkim oskarżonym takie samo – że jesteśmy zdrajcami swej ojczyzny i współpracujemy z wrogami Związku Radzieckiego, za co grozi z paragrafu takiego to i takiego surowa kara – dożywocie w łagrach. Żadnej z nas nie dali powiedzieć ani słowa.

    Sędzia, stary Żyd, walił młotkiem w blat stołu i krzyczał:
    – „To i tak łagodna kara. Powinniście być powieszone, ale lituję się nad kobietami i daję dożywocie. Wyprowadzić! – krzyczał – i dawać następne”.
    Kolejne pięć kobiet, zapłakanych i przestraszonych, stało już na korytarzu pod opieką funkcjonariuszy NKWD.
    Prosto z sądu zabrano nas na pociąg do bydlęcych wagonów i kilka dni jechałyśmy bez sanitariatów i gorącego posiłku. Później w gułagu dowiedziałam się, że ten transport kobiet to miał wielkie szczęście, bo był w porze letniej. Kobiety będące tu już wcześniej mówiły jak to wyglądało podczas mrozów i ile ich wówczas nie dojechało.
    Moją grupę, złożoną z kobiet w wieku 40-50 lat, umieszczono w jednym dużym baraku. Na piętrowych łóżkach umieścili nas czterysta kobiet, pośrodku stał długi stół z desek i trzy paleniska do ogrzewania w czasie zimy. Na terenie dwudziestu hektarów było nas cztery tysiące kobiet. Obóz był podzielony na trzy strefy: pierwsza to murowane białe domy dla wojska i ich dowódców, druga to miejsce, gdzie kobiety pracowały i trzecia strefa to baraki, gdzie przebywałyśmy. Wszystko to poprzegradzane wysokim parkanem z drutu kolczastego i wieżyczkami dla wartowników. W pierwszej strefie, gdzie mieszkali żołnierze i oficerowie, był tak zwany hotel z łaźnią i pokojami dla gości”.
    Przerwałem jej i zapytałem:
    – „Jaki hotel i jacy goście w łagrach?”.
    – „Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Otóż w obozie ponad połowa kobiet to były młode dziewczęta często bardzo ładne. Z tych dziewcząt co sobota oficer wybierał ponad połowę dla gości. One musiały się kąpać i czysto ubrać, były nakarmione lepiej niż my.
    Ja zastałam tam taką sytuację, że dziewczęta chętnie szły na te zabawy.
    Dlaczego?
    Bo jeśli zaszła w ciążę, zwalniano ją z pracy aż urodziła. Wiele z nich miało poskracane wyroki i puszczano je do domu. Także one nie upierały się, a szły chętnie. Tak było trzy lata, aż raz zjechała jakaś komisja i zaczęła sprawdzać dlaczego tak dużo dziewcząt wypuszcza się na wolność.
    «Przecież to nie słonice i nie noszą ciąży parę lat» – mówili. Była duża awantura, wskutek czego komendant i zastępca zostali zabrani. Nie można już było mówić, że przywieziono dziewczyny w ciąży, ale zarządzenie, że kobietę w ciąży należy zwolnić z pracy, a jak ma mały wyrok, na przykład dziesięć lat, to puszczać na wolność.
    Utrzymano to zarządzenie, gdyż cały czas napływały nowe transporty do obozu i przywożono także dziewczyny w ciąży. Nie sposób jest całkowicie wyeliminować seksu tam, gdzie na odludziu jest parę tysięcy kobiet i dziewcząt oraz kilkaset mężczyzn, żołnierzy i oficerów. Oni tu służyli bez żon i możliwości kontaktu z kobietami poza obozem, bo w okolicy w ogóle nie było ludzi.
    Mimo zmiany komendanta obozu to w soboty znów zaczęli przyjeżdżać goście, ale teraz po cichu i specjalną bramą, żeby nie rzucało się w oczy. Przeważnie byli to funkcjonariusze NKWD z miast odległych po kilkaset kilometrów i przeważnie Żydzi.
    Dziewczyny, które zachodziły z nimi w ciążę, przysięgały, że nie będą chować tych dzieci, gdyż to żydowskie.
    Ilość dziewcząt, które chodziły na te imprezy była w stosunku do przebywających w obozie bardzo mała, a na wolność chciało wyjść dużo. Jak zwykle potrzeba jest matką wynalazków – ”lekarka, też więźniarka, mówi, że można zajść w ciążę bez stosunku z chłopem, ale potrzebne jest nasienie od mężczyzny.
    «Musicie załatwiać żołnierzy ustami i nasienie z ust przekładać do strzykawki. Następnie ta co jest w okresie zajścia w ciążę wprowadza strzykawką bez igły to nasienie. Takim nasieniem ze strzykawki można zapłodnić wiele kobiet, trzeba tylko trochę wpuszczać do pochwy». Nosiły więc dziewczyny puste strzykawki i spragnionym żołnierzom robiły to ustami, chroniąc spermę do strzykawki. No i minął rok, a tu prawie połowa dziewczyn w ciąży. Nowa afera i znów zmiana kierownictwa obozu, ale z dziećmi trzeba było puścić na wolność” – mówiła Rusłanowa.
    Te więźniarki to nie były córki arystokracji czy burżujów, to dzieci ludzi, często z robotniczych rodzin. Wystarczało, żeby dziewczyna powiedziała coś nieżyczliwie o władzy lub nie brała udziału w organizacji młodzieżowej. Nie stosowała się do zaleceń i nie ujawniała rodziców, którzy byli w opozycji do partii, to już brali taką dziewczynę (chłopaka tak samo) i miała wyrok.
    – „Pracowałam w baraku, gdzie szyliśmy futrzane czapki wojskowe i rękawice. Przywieziono nową grupę dziewcząt. Część z nich skierowano do naszego baraku w celu nauczenia ich szycia. Jak zwykle w pierwszych dniach praca tym dziewczętom szła źle. A kierownik baraku chciał mieć dużo dobrze uszytych czapek i rękawic. Obejrzał pracę pracującej obok mnie dziewczyny i uderzył ją tą czapką w twarz. A gdy dziewczyna pochyliła się, by podnieść tę czapkę to kopnął ją w piersi. Chciałam podnieść dziewczynę, bo nie wstawała, ale jak się nad nią pochyliłam to mnie też kopnął, aż upadłam. Wywleczono nas obie przed barak i wrzucono do dołu z wodą. Nakryto deskami i tak całą noc stałyśmy po kolana w zimnej wodzie. Rano bez posiłku zapędzono nas do pracy”.
    – „Jak zepsujesz materiał to znów pójdziesz do dołu” – krzyczał na dziewczynę kierownik.
    I zepsuła znów, mimo że jej podpowiadałam jak to robić.
    Wyprowadził ją znów przed barak, tam gdzie był dół z wodą i kazał się jej rozebrać do naga. Dziewczyna była ładnie zbudowana. W tych ubraniach więźniarek to nie widać było urody, gdyż drelichy były ohydne. Teraz, gdy stała nago, widać było jaką jest piękną dziewczyną. Obszedł ją dookoła a następnie kazał się jej ubrać, zabrał ją do swojego pomieszczenia i zasłonił okno. Było pewne, że zechce z nią uprawiać seks, przecież tu było na porządku dziennym, że jak naszła któregoś chęć brano dziewczynę i robił to.
    Tym razem było inaczej, najpierw był rumor i krzyk, potem otworzyły się drzwi i wyleciała z nich naga dziewczyna. Zatrzymała się na chwilę i wypluła coś na ziemię. Za chwilę wybiegł ten kierownik, trzymając się jedną ręką za nos i z rewolwerem w drugiej. Strzelił dwa razy w plecy dziewczyny i ta upadła na ziemię. On poleciał do budynku administracji, a po chwili biegiem wezwali naszą lekarkę. Okazało się, że dziewczyna odgryzła mu nos.
    Później też były wypadki że dopiero co przywiezione dziewczyny nie chciały dobrowolnie się poddawać, wybierały opór, mimo że wiedziały, że tej wojny tu nie wygrają. Za parę dni nowy kierownik, chodząc po sali i przyglądając się jak pracujemy, zatrzymał się przy nowej dziewczynie, która zdjęła bluzę i widać jej było prawie całe piersi.
    Wsadził rękojeść nahajki, którą bił więźniarki między jej piersi. Dziewczyna wyrwała tę nahajkę i rzuciła na podłogę. Wtedy złapał ją za włosy i zawlókł do tego samego kantorka co jego poprzednik tą którą zabił. Parę minut była cisza, więc myślałyśmy, że dziewczyna się poddała, aż tu nagle wychodzi z tego kantorka i trzyma jego broń w ręku. Odeszła parę kroków i wsadziła sobie lufę rewolweru w swoje usta, głuchy strzał i głowa rozleciała się w kawałki. A kierownik, który zaprowadził ją do swojego kantorka miał wbite w pierś nożyczki i leżał zabity.
    Całkiem inaczej reagowały więc dziewczyny dopiero co przywiezione, a inaczej te, co siedziały tu już kilka lat. Znów nowy kierownik. Ale ten jakiś dziwak, interesują go starsze kobiety. Podszedł do mojego stanowiska pracy i pyta:
    – „To ty tak podobno pięknie śpiewałaś na froncie?”
    Mówię, że ja.
    – „To chodź, zaśpiewasz mi w kantorku”.
    Musiałam iść.
    – „Zdejmij tę bluzę i rozpuść włosy!” – rozkazał.
    Zrobiłam to.
    – „Teraz coś zaśpiewaj!”. Zaśpiewałam piosenkę z frontu ‘Ciemna jest noc’. Gdy skończyłam, on mówi tak:
    – „Moi koledzy nie uwierzą, że miałem z tobą stosunek i miałem jak chciałem”. Otworzył szufladę i wyjął aparat fotograficzny, zadzwonił do kogoś i po chwili wszedł żołnierz, którego zaczął uczyć jak zrobić zdjęcie. «A ty się rozbieraj!» – rozkazał. Ale ja nie chciałam, to zaczął mnie bić i zdzierać ze mnie ubranie. Zleciały się koleżanki z całej sali i zaczęły mnie bronić.
    – „Co to, bunt?” – pyta kierownik. Wyjął broń i zaczął strzelać w sufit. Na odgłos strzałów zlecieli się żołnierze, ale dziewczyny mówią:
    – „On chce zgwałcić Rusłanową, a my ją bronimy. W drugim baraku są te, co siedzą parę lat i one same namawiają, żeby je pokochać”.
    W ten sposób obroniły mnie przed gwałtem, ale kierownik wsadził mnie do dołu z wodą za nieposłuszeństwo. Rano nie miałam siły, żeby wyjść z tego dołu, musieli mnie wyciągnąć.
    Rzeczywiście pomysł lekarki jak zajść w ciążę zaowocował, bo gołym okiem było widać dziewczyny z brzuchami. Ponownie komisja, ale teraz biorą na przesłuchanie więźniarki. Te umówiły się, że wszystkie są gwałcone, żadna nie przyznała się że idzie dobrowolnie lub że robi to ustami i wykorzystuje spermę. Nie mogli przeboleć, że taką ilość trzeba wypuścić na wolność, na pewno były też upomnienia i nagany za taki stan rzeczy.
    Kierownictwo w Moskwie wściekało się, że tyle dziewczyn zamiast pracować idzie za darmo na wolność, bo warunków, żeby tu mogły żyć matki z dziećmi nie było. Przysłano więc grupę funkcjonariuszy, którzy mieli za zadanie przyjrzeć się tej sprawie i zapobiec zachodzeniu w ciążę. Bo to, czy są dziewczyny gwałcone czy nie, ich nie obchodziło, im zależało tylko na tym, żeby nie zachodziły w ciążę.
    Mój kierownik nie odpuścił mi i znów kazał iść do kantorka, ale nie posłuchałam go. Dołu mi nie dał, tylko napisał raport, że jestem krnąbrna i nie słucham poleceń, wobec czego prosi dyrektora obozu, żeby mnie oddać do innego o zaostrzonym rygorze i ciężkiej pracy. No i wywieźli mnie kilkaset kilometrów dalej w obszary leśne. Kobiety w tym obozie wycinały młode sosny o grubości dwudziestu centymetrów, cięły je ręczną piłą na stemple do kopalni. Wyprowadzono nas rano z silną eskortą, wartownicy mieli wyłącznie pepesze i strzelali do każdej, jeśli się oddaliła sto metrów od miejsca pracy. Każda para kobiet musiała zerżnąć i oczyścić siekierą sto sztuk stempli w ciągu dnia. Nadzorujący nas żołnierze NKWD odprowadzali upatrzoną kobietę w krzaki i ta nie miała nic na swoją obronę, bo mógł jej nie zaliczyć urobku, a od tego było pożywienie – nie wypracowałaś to masz połowę jedzenia. Tu bogiem i carem był żołnierz, a odwołania od jego decyzji nie było.
    W nowym transporcie przywieźli matki z dorosłymi córkami, więc i pracowały parami – matki z córkami. Jednego dnia obok mnie matka z córką ścinały drzewa, kiedy wartownik podszedł i mówi do córki:
    – „Chodź ze mną, a ty stara obcinaj gałęzie siekierą” – zwrócił się do matki. Popychając pepeszą, wprowadził dziewczynę w krzaki. Matka zapytała nas, po co on ją tam wziął. – – „Jak to, nie wiesz?” – pytamy.
    – „Nie wiem, dopiero co nas przywieźli tutaj”.
    – „On ją tam zgwałci, głupia babo” – powiedziała moja współwięźniarka. Kobieta napluła sobie w obie dłonie, wzięła siekierę i poszła w te krzaki. Zastała ich, jak żołnierz leżał na jej córce, a automat wisiał na krzaku.
    – „Ach, ty łotrze!” – krzyczała i siekierą uderzyła żołnierza w głowę, który nawet nie widział jak go zabija. Rozebraną córkę prowadziła za rękę do stanowiska pracy. Widząc, że biegną do niej żołnierze, zawróciła i wzięła z krzaka pepeszę. Musiała umieć się nią posługiwać, bo naciągnęła sprężynę spustową i położyła się za paroma zwalonymi drzewami. Biegło do niej czterech żołnierzy i pewnie nie przypuszczali, że kobieta ma broń, myśląc zapewne, że ze strachu się ukryła. Gdy byli piętnaście metrów przed nią, ona wystawiła lufę pepeszy i krzyknęła:
    – „Wy sługusy żydowskie, myślicie, że nie ma na was kary?” – i puściła długą serię, którą skosiła całą czwórkę. Inni zrozumieli, że mają kłopot, otoczyli ją i czołgając się zbliżali się. Ona strzelała, ale w pepeszy był tylko ten jeden magazynek. Kiedy żołnierze zrozumieli, że kobieta nie ma już amunicji, rzucili się na nią i skrępowali ręce do tyłu.
    Następnego dnia na podwórku odbył się sąd i obie kobiety, matkę i córkę skazano na powieszenie.
    Pod szubienicą starsza kobieta krzyknęła:
    – «Niech żyje Rosja! Śmierć Żydom!»
    Natychmiast wsadzono jej szmatę w usta, żeby nie mogła więcej krzyczeć.
    Żołnierz założył im obu sznury, a oficer kopnął ławkę, na której stały. Ale ten wypadek spowodował, że konwojenci bali się teraz w lesie zabierać kobiety w krzaki. Robili to, ale ubezpieczali się bardzo, stawiając zawsze kolegę do pilnowania tych, co zostały z siekierami w ręku.
    Mijał mi ósmy rok katorgi. Nie doręczano nam listów. Nie było lekarza a przecież w tych warunkach kobiety chorowały i umierały, powiększał się tylko z każdym rokiem cmentarz obok obozu i malała nadzieja na wolność. Liczyłam że przyjaciele i mąż uzyskają zgodę na złagodzenie mi kary, ale nic takiego nie następowało.
    Najgorsze jest to, że ja i te wszystkie dziewczęta, zarówno w pierwszym, jak i w drugim obozie byłyśmy niewinne. Żadna z nas nie zabiła, nie okradła, nie zdradziła partii ani ojczyzny, a miałyśmy każda dożywocie albo kilkadziesiąt lat obozu pracy. Wystarczyło znaleźć się w sytuacji, którą zbiry Berii mogły wykorzystać i już byłaś wrogiem ludu i ustroju. Tak minęło mi dziesięć lat. Aż jednego dnia dziewczyna, która sama chodziła do starszyzny na noce – mówi mi:
    – ”Wiesz co Rusłanowa w Moskwie to musiało się coś stać. Bo starszyzna mówi, że pakują się wszyscy oficerowie NKWD i wyjeżdżają. A nowych nie dają. I rzeczywiście, nie przestrzegano, czy ktoś wyrobił normę, ale dawano jeść normalnie. Nie odprowadzali w krzaki na siłę, a wieczorem zapraszali do siebie, dając za usługę lepsze jedzenie.
    Jednego dnia pracujemy na polance leśnej, a tu ląduje helikopter.
    – «Boże, czy ja śnię, czy może już nie żyję?» – zadawałam sobie pytanie, bo widzę jak idzie mój mąż w mundurze generała i ma broń przy pasie. Z nim dwaj wojskowi, ale go nie prowadzą pod bronią tylko rozmawiają. On mnie nie poznał. Dziesięć lat w tych warunkach to dużo i to ubranie jeszcze. Wszystkie, ile nas było, stanęłyśmy i patrzymy na nich. Oni podeszli do grupy kobiet i pytali:
    – «Rusłanowa żyje między wami?».
    Pilnujący nas żołnierz podleciał do nich i salutując krzyczał:
    – «To ta, towarzyszu generale» i pokazał na mnie. A mnie nogi wrosły w ziemię i straciłam głos. Mój mąż szedł do mnie, a ja straciłam przytomność, ocknęłam się dopiero w helikopterze.
    Tak zakończyła się kara za niewinność moją i moich koleżanek ”- zakończyła swą historię.

    Ja z Rusłanową rozmawiałem w 1989 r. Minęło wiele lat nim zacząłem pisać te wspomnienia i teraz w 2007 roku w lipcu polska telewizja w programie I nadała wieloodcinkowy serial pod tytułem „Moskiewska Saga”.
    Widzowie mogli sami zobaczyć jak o każdej porze dnia i nocy wyprowadzano młode dziewczyny do oficerów w celu zabawiania się z nimi.
    Żołnierze, którzy czekali na zewnątrz, aż oficer się zadowoli, gdy odprowadzali dziewczyny do baraków – zmuszali je na śniegu i mrozie do seksu z nimi. Jeśli któraś z odmawiała – strzelali i mówili, że była to próba ucieczki.

  22. Admin Says:

    Podziękowania Panie Mieczysławie za materiały. Skorzystamy z nich 😉 Pozdrawiam.

  23. pompy ciepla pdf Says:

    To jest faktycznie kapitalny kawałek:) Podziękowania dla pracujących na rzecz blogów.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: