Norymberga: zbrodnia która nie przeminie / Część I


Nuremberg: The Crime That Will Not Die / Part I

http://www.veteranstoday.com/2011/06/14/nuremberg-the-crime-that-will-not-die-part-i/

14.06. 2011 – Ernst Zundel (artykuł napisany w 1996 roku i zarchiwizowany przez Ingrid Rimland Zundel)

tłumaczenie Ola Gordon

W przededniu 50 rocznicy Procesu Norymberskiego, właściwe jest bym z moimi anglojęzycznymi czytelnikami podzielił się kilkoma wiążącymi się z nimi refleksjami. Chciałbym zacząć od ujawnienia prowokującego do myślenia cytatu pochodzącego od nikogo innego jak Nahuma Goldmana, długoletniego prezesa Światowego Kongresu Żydów, z książki zatytułowanej THE JEWISH PARADOX [Żydowski paradoks]:

Oprócz spotkania się z ocalałymi z obozów koncentracyjnych po wyzwoleniu, oficjalnie do Niemiec wróciłem tylko po to, by spotkać się z kanclerzem Adenauerem i rozpocząć negocjacje o odszkodowania. Odszkodowania te stanowią niezwykłą innowację w zakresie prawa międzynarodowego.

Do tego czasu, gdy kraj przegrał wojnę, wypłacał odszkodowanie zwycięzcy, ale była to sprawa między państwami, między rządami. Teraz, po raz pierwszy, naród miał wypłacić odszkodowania albo zwykłym osobom, albo Izraelowi, który nie istniał w sensie prawnym w czasie zbrodni Hitlera. Niemniej, muszę przyznać, że pomysł nie pochodził ode mnie.

W czasie wojny [Światowy Kongres Żydów] zorganizował Instytut Spraw Żydowskich w Nowym Jorku (obecnie z siedzibą w Londynie). Jego dyrektorami zostali dwaj wspaniali żydowscy juryści litewscy, Jakub i Nehemiah Robinsonowie. To dzięki nim, Instytut wypracował dwie całkowicie rewolucyjne idee: Trybunał Norymberski i niemieckie odszkodowania.  (JEWISH PARADOX, Grosset & Dunlap, 1978, s. 122)

W Stanach Zjednoczonych, nowy kanał telewizyjny, Court TV (TV Sądowa), pokazuje całemu północnoamerykańskiemu kontynentowi specjalny program o Norymberdze – telewizyjny festiwal nienawiści trwa około 15 godzin. Podobnie, Canadian Broadcasting Corporation, Radio Division, niedawno emitował kontynuację, używając statycznie zniekształconych, trzeszczących starych audycji na falach krótkich o procesach w Norymberdze w 1946 roku. Po raz kolejny, komentatorzy bezmyślnie powtarzają do znudzenia wszystkie obrzydliwe, kłamliwe zeznania krzywoprzysięzców i oszustów, wraz z przygnębiającymi „zeznaniami”, często zdobywanymi przez tortury wojskowych i politycznych przywódców Niemiec.

Te transmisje mogę tylko nazwać „szerzeniem nienawiści”, przestępstwo w Kanadzie na podstawie prawa nienawiści przeciwko określonej grupie etnicznej, czyli Niemców. Współczesne wasalskie państwo niemieckie, ustanowione przez aliantów w powojennych Niemczech – państwo, którego korzenie i podstawy wyrosły z tych obrzydliwych procesów zemsty sojuszników na pokonanym narodzie niemieckim – nie będzie bronić swoich obywateli przed tą lawiną nienawiści i kłamstw, więc postaram się to zrobić sam. Przygotuj się na sprawy do przemyślenia.

To przemawia do biegu naszych czasów, może to być pierwszy raz, kiedy niektórzy z moich czytelników mogą poznać inny historyczny pogląd na Proces Norymberski. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do oszczerstw i zniesławiania, że często nawet ich nie zauważamy, lub nie uznajemy jako takie. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do Niemiec jako wygodnego i zasługującego na bicie chłopca, za wszystkie „zbrodnie hitlerowskie”, że prawie nigdy nie myślimy o jego stworzeniu – czy jego ojcach chrzestnych.

Nahum Goldman pisze w ŻYDOWSKIM PARADOKSIE na s. 123:

Podczas posiedzenia Światowego Kongresu Żydów w Londynie, rosyjski żyd o nazwisku Noah Baron, wspaniały człowiek i wielki idealista (…) namówił mnie do aktywnego uczestnictwa w przede wszystkim spotkaniu z Adenauerem. W sercu byłem bardzo ostrożny, ponieważ dla mnie ponowna rozmowa z Niemcami nie była łatwym zadaniem.

I w rzeczywistości to w końcu moja głowa, a nie serce, zdecydowała o moich negocjacjach. Ale przedstawiłem warunek wstępny, zanim spotkam kanclerza przed otwarciem negocjacji: Adenauer musiał złożyć uroczyste oświadczenie w Bundestagu, musi powiedzieć, że choć współczesne Niemcy, z pewnością nie są tymi Niemcami, które przyniosły Auschwitz (…) to jednak odziedziczyły odpowiedzialność za nazistów i reparacje były ich obowiązkiem, musi on dodać, że odszkodowanie finansowe nie może wymazać zła wyrządzonego Żydom przez Niemców.

Zobaczmy teraz, jak to wszystko się zaczęło – i ewoluowało – ta sprawa „Procesów Norymberskich” [PN] w wyniku takich win i tak ogromnych sum reparacji wyciśniętych z pokonanego kraju, Niemiec, w ciągu ostatnich 50 lat.

Kiedy myślimy o PN, myślimy o Auschwitz, Bergen-Belsen, Dachau – miejscach, które sojusznicy „wyzwolili” i gdzie „znaleźli te szkielety” – dostarczając przydatne tło fotograficzne, aby uzasadnić to, co miało nastąpić od tamtego czasu.

Poczucie winy, zastosowane po mistrzowsku, jest straszliwą bronią, potężnym narzędziem, a także niezłą gotówkową krową. Faktycznie były polityka i program opracowane w celu ukarania Niemiec za rzekome zbrodnie w czasie wojny, zaplanowane i realizowane na długo przed „ujawnieniem zbrodni” hitlerowskich Niemiec oszołomionemu, drżącemu, przerażonemu światu, za pośrednictwem wiadomości i sensacyjnych nagłówków gazet.

Istnieją miliony słów, i dziesiątki tysięcy książek, napisanych o PN w odpowiedzi na te rzekome zbrodnie – publikacje w różnych językach, wszystkie z pożyczanymi od siebie przypisami i papugowaniem powojennej propagandy aliantów. Jednak kłamstwo powtórzone 6 milionów razy, nie staje się prawdą poprzez zwykłe powtarzanie. Ten esej zbada warunki wstępne i powody tego kłamstwa.

Pokoleniom, które weszły w dorosłe życie od czasu zakończenia II wojny światowej, dano niewielkie szanse krytycznego spojrzenia na PN. Nie dostały one prawa dostępu, na przykład, do informacji pokazujących, co niektórzy ówcześni ważni ludzie i osobowości myśleli o całym obrzydliwym procesie wykorzystywania ex post facto prawa przeciwko praktycznie bezbronnemu, militarnie pokonanemu i jeszcze okupowanemu militarnie byłemu wrogowi.

Według Nahuma Goldmana, byłego prezesa Światowego Kongresu Żydów, nawet w czasie wojny, z wielką starannością i przebiegłością nakreślano plany – i kładziono fundację tego kłamstwa. Na długo zanim Ameryka zgodziła się na wysłanie swoich młodych mężczyzn na bratobójczą wojnę, nie dla dobra amerykańskich interesów narodowych, ale dla interesów obcych ludzi i państwa, które nawet wtedy nie istniało, powstał Instytut Spraw Żydowskich w Nowym Jorku, który przygotował ten diabelski wywar.

Odnosząc się do tej sprawy, Goldman tak pisze na s. 122-123 ŻYDOWSKIEGO PARADOKSU:

Pomysł Instytutu był taki, że hitlerowskie Niemcy powinny zapłacić po swojej klęsce. Wymagało to wiary w klęskę, a w tamtym czasie wydawało się, że wojnę w Europie przegrywali alianci, ale ufałem, podobnie jak Churchill i de Gaulle. Przez moment nie wątpiłem, gdyż wiedziałem, że Hitler nigdy się nie uspokoi, a jego ekscesy wciągną aliantów w konflikt.

Zgodnie z wnioskami Instytutu, reparacje niemieckie musiałyby najpierw być wypłacane osobom, które straciły dobytek przez nazistów. Ponadto, jeśli, jak mieliśmy nadzieję, zostanie utworzone państwo żydowskie, Niemcy wypłacą odszkodowania by umożliwić osiąść tam tym, którzy przeżyli. Po raz pierwszy idea ta została wyrażona została w czasie wojny, w trakcie konferencji w Baltimore.

Jak wszyscy wiemy, i czego nigdy nie wolno nam zapomnieć, we właściwym czasie Hitler przegrał wojnę. Teraz przyszedł czas na przeprowadzenie stalinowskich procesów pokazowych przeciwko pokonanemu niemieckiemu przywództwu. Czy tu chodziło tylko o „karę”? Pomyśl jeszcze raz!

Goldman pisze dalej:

Nie uznano prawdziwej wartości znaczenia trybunału, który ulokowano w Norymberdze. Zgodnie z prawem międzynarodowym, w rzeczywistości niemożliwe było ukaranie żołnierzy, którzy wykonywali rozkazy. To Jacob Robinson wysunął ten ekstrawagancki, rewelacyjny pomysł. Kiedy zaczął zabiegać o to wśród prawników amerykańskiego Sądu Najwyższego, uznali go za głupka. „Co zrobili ci nazistowscy oficerowie, co było tak bezprecedensowe?” zapytali.

Można sobie wyobrazić proces Hitlera, a może nawet Goeringa, ale oni są prostymi żołnierzami, którzy wykonywali rozkazy i zachowywali się jak lojalni żołnierze. Dlatego mieliśmy ogromne kłopoty w przekonaniu aliantów; Brytyjczycy byli temu przeciwni, Francuzi ledwie zainteresowani, i choć później wzięli w tym udział, nie odegrali wielkiej roli. Sukces przyszedł od Robinsona, któremu udało się przekonać sędziego Sądu Najwyższego, Roberta Jacksona. (Żydowski paradoks, s. 122)

Co stało się później? Całkowita kontrola komunikacji i manipulacja wiadomości przez cenzurę!

Siły sprzymierzone, w oparciu o ustanowienie rządu wojskowego – można również nazwać to dyktaturą wojskową, pod wieloma względami bardziej restrykcyjną niż  było państwo Adolfa Hitlera – miał ścisłą kontrolę nad wszystkimi kanałami komunikacji. Ten fakt nie jest do przecenienia. Od kontroli i nadzoru usług pocztowych, do telegrafu i telefonu, do stacji radiowych i książek, gazet i czasopism, sojusznicy mieli pełną kontrolę za pośrednictwem sprytnego „systemu zezwoleń”.

Każdy, kto nie podporządkował się alianckiej propagandzie, za karę tracił licencję, lub ją zawieszano. Dziennikarze tracili akredytację. Gazety traciły już bardzo skąpe dostawy papieru, lub przyznany im tusz drukarski, albo przywileje niższych opłat pocztowych. Ponadto, Niemcy podzielono na wojskowe strefy okupacyjne, które były jak mini-państwa, wydawały własne paszporty, kupony na żywność i paliwo, jak również kartki na ubrania i przydziały miejscowe na artykuły spożywcze.

Jeśli ktoś chciał podróżować w okupowanych Niemczech z jednej strefy do drugiej w okresie powojennym, musiał wyjaśnić lokalnym władzom wojskowym w pisemnym wniosku, dlaczego chciał podróżować do innej strefy, kogo chciał zobaczyć, i gdzie zamierzał mieszkać. Trzeba było prosić o kartki żywnościowe na czas swojej nieobecności.

Były i inne biurokratyczne, dla zespołu obrońców w PN, bardzo niewygodne ograniczenia, oraz, niektóre zaprojektowane, niektóre wymyślone. Wiele pociągów nie jeździło zgodnie z harmonogramem, albo w ogóle, albo z powodu braku węgla. Większość budynków nie miała ogrzewania. Ludność głodowała. Kraj był w dużej mierze bez mężczyzn. Ruiny gdziekolwiek się spojrzy, wszędzie nędza – więcej nieszczęścia, niż kiedykolwiek podczas zaciekle toczonej wojny!

Z moich rozmów i wywiadów dowiedziałem się, a nawet w czasie moich rozpraw sądowych, że sędziowie, prokuratorzy i adwokaci, nawet nie mieli zielonego pojęcia, jakie naprawdę było życie dla zespołów obrony w Norymberdze w latach 1946 – 49. Dzisiejsze pokolenie, o mózgach wypranych oszalałą bibą o O J Simpson i nadmiarem obrazów, nie ma pojęcia, w jakich warunkach pracowali niemieccy adwokaci. Żadnego pojęcia!

Co więcej, podejrzewam, że cyniczne pokolenie dzisiejszych chciwych, szukających rozgłosu adwokatów, prokuratorów i sędziów, nie przejmuje się tym, co było wtedy straszną prawdą i rzeczywistością. Niemniej jednak, niektóre z tych rzeczy muszą być zarejestrowane dla dobra historii.

Wyobraź sobie, że powiedziałeś siłom okupacyjnym, że chcesz jechać do Norymbergi by złożyć zeznania w obronie Rudolfa Hessa, Joachima von Ribbentropa, Kaltenbrunnera, Göringa, Streichera lub wojskowych, takich jak Keitel, Jodl, Dönitz, Raeder lub innych! Jeśli wojskowym, u którego złożyłeś wniosek o zezwolenie był Żyd w mundurze z Rosji, Francji, Ameryki czy Anglii, wyobraź sobie odpowiedź! Czy nie myślałby, że niemiecki wnioskodawca wciąż „kochał nazistów” z zamiarem dokonania dodatkowego „wybryku”?

Nie trzeba być naukowcem od rakiet, żeby dowiedzieć się dlaczego wiele osób unika politycznego angażowania się w charakterze świadków obrony lub ekspertów, po przeżyciu brutalnej wojny, straszliwych bombardowań, oraz gwałcących i rabujących hord samozwańczych „wyzwolicieli”. Kto by dobrowolnie narażał się na aresztowanie, bicie, tortury itp. – ze względu na okoliczności?

Zadziwiające jest, że w ogóle byli świadkowie obrony, którzy zgłaszali się i próbowali pomóc tym nieszczęsnym więźniom w Norymberdze. Są przypadki, że adwokaci po zlokalizowaniu i przekonaniu kluczowych świadków obrony do składania zeznań, których przetrzymywano  jako więźniów w obozach alianckich, dowiadywali się – wygodnie dla prokuratury! – że „zagubiono” ich podczas transferu, „zagubiono” wystarczająco długo, żeby proces się zakończył,  w którym ich zeznania mogły być użyteczne dla obrony.

Ci adwokaci pracowali pomimo prawie nie do pokonania przeszkód.  Siedzieli w zimnych, mokrych, zbombardowanych piwnicach niemal zrujnowanych domów, z oknami zabitymi deskami, pracując w płaszczach, pisząc sztywnymi palcami, w kapeluszach, szalikach i rękawiczkach, by ustrzec się przed zimnem i wilgocią.

Próbowali napisać jakiś tekst i sformułować kilka argumentów, aby klient, którego codziennie szkalowano w prasie i radiu, w wiadomościach i w radiu Sił Zbrojnych, jako nikczemnych potworów i zbrodniarzy pozbawionych ludzkich cech, mógł mieć pozory obrony w tych koszmarnych, kafkowskich procesach zwanych Procesami Norymberskimi.

Dla Niemców były to naprawdę beznadziejne czasy. Obronę utrudniały brak personelu, miejsca, maszyn do pisania i taśm do nich, a nawet kalki, kopiarek i papieru. Pamiętajmy, że w 1945 r., fotokopia oznaczała dokładnie to, jak się nazywała.

Zdjęcie musiało być zrobione przy użyciu specjalnej folii. Negatyw musiał być wywołany i wysuszony. Ten negatyw musiał być wyświetlany za pomocą powiększalnika na światłoczuły papier fotograficzny w ciemni, i miał potem być wywołany za pomocą niełatwo dostępnych substancji chemicznych, i elektrycznych suszarek bębnowych, używających cennej energii elektrycznej do suszenia odbitek. Elektryczność była ściśle reglamentowana na kartki na około dwie godziny dziennie, z określoną liczbą kilowatów na osobę.

Spróbuj wczuć się w niemieckiego obrońcę, kiedy około 20 prawników broniących wielką liczbę różnych klientów, otrzymywało 30, 50, 100 czy 200 stronicowe dokumenty od prokuratorów, często był to tylko jeden komplet dokumentów dla wszystkich prawników, i miałeś ograniczony czas do dnia procesu na zbadanie, analizę, rozważenie zarzutów, szukanie potencjalnie oczyszczających z zarzutów świadków, w zbombardowanym kraju, w którym dziesiątki milionów ludzi były bezdomne, przemarznięte i głodne.

Stare, istniejące jeszcze książki telefoniczne i miejskie katalogi były wirtualnie bezużyteczne, gdyż w wielu miejscach nie przywrócono jeszcze usług telefonicznych, a osoby prywatne rzadko dostawały pozwolenie na aparat od władz okupacyjnych, chyba że byłeś człowiekiem „potrzebnym”, powiedzmy, lekarzem.

Przyjrzyjmy się teraz prawom obrońców w kwestii wyboru własnego prawnika, świętego prawa w większości cywilizowanych krajów. Co to oznaczało w tych histerycznych, bezprawnych dniach powojennych Niemiec? Który prawnik mógłby stanąć po stronie „nazistowskiego potwora”?

Wiele lat później, mój własny prawnik, podczas moich procesów, w spokojnej, demokratycznej Kanadzie, był czasem oskarżany o „zbyt bliskie związki” ze mną, oskarżany przez komentatorów medialnych, innych prawników, a nawet niekiedy, przez sędziego, który wykazywał szerzącą się nietolerancję wobec oczerniania oskarżonego przez tych we współczesnym społeczeństwie, w rękach których spoczywał los oskarżonych.

Wyobraźmy sobie odwagę, jaką musieli wykazywać się ci norymberscy obrońcy, którzy byli również ojcami dzieci, mężami żon, wszyscy zadowoleni z tego, że przeżyli wojnę, wszyscy próbujący zbudować nową karierę w ruinach pokonanych, zniszczonych Niemiec w 1945 roku. Potrzeba było czegoś więcej niż odwagi. Wymagało to prawdziwego oddania zasadom i miłości do prawa, do czego w dzisiejszym społeczeństwie nieliczni mogą się przyznać.

Powiedzmy, że byłeś prawnikiem posiadającym takie heroiczne cechy. Wszyscy alianci, bardzo często, mogli nazwać cię również „nazistą”, lokując cię w klasie „zbrodniarzy”, skoro zdobywcy uznali partię nazistowską za „organizację przestępczą”. Większość elity umysłowej Niemiec była członkami Narodowej Partii Socjalistycznej, i prawie wszyscy brali udział w wojnie, i była szansa, że byli albo poważnie ranni, albo nawet zginęli.

Ci którzy przeżyli, naprawdę byli persona non grata.  Powrócili z niszczącej wojny i zostali nie tylko skryminalizowani, ale pozbawieni praw obywatelskich i praw człowieka przez okrutnych zdobywców, którzy cały czas w swojej propagandzie szczebiotali o wspaniałym Nowym Porządku Sojuszniczym.

Jeśli pomimo ogromnych trudności, w końcu znalazłeś się pod lupą, przesłuchiwany i akredytowany jako adwokat na PN – z czym musiałeś się faktycznie zmierzyć? Przyjrzyjmy się na zimno, twardo spójrzmy na ten tzw. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy. Jak pięknie i szlachetnie to brzmi! Taka etykieta może ukrywać wiele ran. Ta norymberska rana boli nadal.

Oto czym były Procesy Norymberskie:

To w ogóle nie był „międzynarodowy trybunał wojskowy”. Nie miał nawet międzynarodowego składu. Zamiast tego, zwycięzcy siedzieli sądząc pokonanych. Sędzia Harlan Fiske Stone, który był wówczas naczelnym sędzią Sądu Najwyższego USA, w roli szefa sędziego Jacksona [amerykańskiego prokuratora głównego w Norymberdze], miał to do powiedzenia w rozmowie z reporterem magazynu FORTUNE, co w HARLAN FISKE STONE: PILLAR OF LAW [Harlan Fiske Stone: Filar prawa] zacytował Alpheus Thomas Mason, The Viking Press, s. 715:

Dla waszej informacji, ale nie do publikacji jako pochodzące ode mnie, chciałbym poinformować, że Sąd Najwyższy nie miał nic wspólnego, ani bezpośrednio, ani pośrednio, z PN, czy działaniami rządu, który na to im zezwolił. O udziale sędziego Jacksona nie wiedziałem, do chwili prasowego ogłoszenia o powołaniu go przez Zarząd.

„PN są próbą uzasadnienia wykorzystywania władzy zwycięzcy nad pokonanym, gdyż  pokonani wywołali wojnę agresywną” (Stone) wyjaśnił: „Bardzo nie lubię, kiedy widzę je ubrane w fałszywą fasadę legalności. Najlepsze, co można powiedzieć jest to, że jest to akt polityczny zwycięskich państw, który może być moralnie słuszny, tak jak była sekwestracja Napoleona około 1815 roku.

Ale wtedy sojusznicy nie odczuwali potrzeby uzasadnienia ich przez odwoływanie się do nieistniejących zasad prawnych. Z praktycznego punktu widzenia, wydaje mi się, że trudności i niepewności powiedzenia kto jest agresorem w warunkach, które produkują nowoczesną wojnę, powinny zmusić nas do zawahania się przed wyłożeniem w przyszłości zasady, która zawsze będzie wymagać odpowiedzi zwycięzcy na to pytanie.

Faktycznie wszystkie wojny są agresywne. Prawdziwym źródłem władzy są władze zwycięzców nad pokonanymi.

Nie niepokoiło by mnie bardzo (…) gdyby ten autorytet otwarcie i szczerze stosowano w celu ukarania niemieckich przywódców za to, że byli źli, ale niepokoi mnie to, że ubraliśmy go w szaty Prawa Zwyczajowego i gwarancji konstytucyjnych dla osób oskarżonych o przestępstwa. Wygląda to tak, jakbyśmy zobowiązali się do stwierdzenia, że zakończeniem każdej wojny musi być to, żeby przywódcy pokonanych musieli być poddani egzekucji przez zwycięzców”.

Taka była rzeczywistość. Sędzia Jackson, zajmując się oskarżaniem w najważniejszych procesach norymberskich, był człowiekiem o ambicjach prezydenckich, który potrzebował sławy zdobytej na tym egoistycznym etapie. Procesy Norymberskie były dla niego trampoliną w wyścigach o prezydencję.

 

Jedna odpowiedź to “Norymberga: zbrodnia która nie przeminie / Część I”

  1. katerina404 Says:

    Proces w Norymberdze to jedna wielka lipa. Poświęcone zostały jak zwykle płotki.
    Ci, którzy te wyroki otrzymali, zostali przed czasem zwolnieni. Darek Kwiecień, na podstawie własnych badań i w oparciu o wiedzę niezależnych historyków, doszedł do takich materiałów, że głowa mała. Nawet hierarchowie Kościoła Katolickiego pomagali byłym zbrodniarzom nazistowskim w ucieczce przed karą. Niektóre niezależne źródła historyczne mówią, że pomogli im w emigracji do Australii, ale tak naprawdę ulokowali ich bezpiecznie w Europie, gdzie oni i ich spadkobiercy bezpiecznie sobie siedzą do dziś.
    AD. Dlaczego mój artykuł o Darku Kwietniu się nie ukazał. Chłopak zdaje się ma dalej niezłe kłopoty. A w ogóle muszę adminowi coś napisać na priva, bo robi się nieciekawie wobec niektórych stron i już nie wiadomo kto kłamie, a kto mówi prawdę.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: