Ja, robotnik budowlany, zwracam się do Was. Albin Siwak


Rozdział XXII książki Albina Siwaka pt: „Trwałe Ślady”. Za przesłanie materiały podziękowania dla BladegoMamuta.

A gdyby pan Wieteska prowadził taki dialog ze społeczeństwem, jak pi­sał w Trybunie w dniu swego wyboru na szefa warszawskiej organiza­cji, to z tego dialogu dowiedziałby się, że w województwie, w którym szefuje SLD jest kilkaset tysięcy emerytów i rencistów, którzy przez dwa lata otrzymują tyle, ile pan Wieteska za jeden miesiąc. I gdzie tu dialog głodnego z sytym?

Małą książeczkę, broszurę napisałem w 1981 roku, w roku IX Nadzwyczajnego Zjazdu Partii, a jednocześnie w okresie najsilniejszego umocnienia się „Solidarno­ści” i odchodzenia z partii ludzi, którzy jej opuszczać nie powinni. Oto wstęp do tej książeczki:

„Ja, robotnik budowlany, zwracam się do was robotnicy w całym kraju, byśmy nie pozwolili sobą manipulować nikomu. Toczy się bardzo złożona i chytra walka, właśnie o klasę robotniczą i o klasę chłopską /…/. Zwracam się do was w sprawie zwracania legitymacji. Dlaczego zwracacie legitymacje partyjne wy, którzy macie czyste ręce i sumienia? Robotnicy, którzy powinniście rozliczyć złodziei. Wy chce­cie odejść, bo nie możecie znieść myśli, że jesteście w jednej partii z ludźmi, którzy zawiedli was. To nie wy powinniście z tej partii odchodzić, a wszyscy ci, co partii użyli do własnych, brudnych spraw. A wy ich powinniście wyrzucić!”. Jakże pasują te słowa również do obecnej sytuacji.

Z partii wtedy także odchodzili dobrzy, uczciwi ludzie, bo widząc zło w partii woleli od tego zła odejść. W tym okresie „Solidarność” miała podobno 10 milio­nów członków. A dziś? Ze źródeł solidarnościowych wynika, że około miliona, a składki płaci podobno połowa tego. Można postawić to samo pytanie, które ja zadałem w 1981 roku robotnikom – członkom PZPR. Dlaczego właśnie wy odcho­dzicie? Wy, sól i kręgosłup „Solidarności”? Odpowiedź otrzymujemy od ludzi, którzy w 1980 roku i później gorąco wierzył i w ideały „Solidarności”, a teraz prze­konali się, że niewiele lub wcale nie zrealizowano z tego, co wtedy, tam w Gdań­sku sami głosili.

Widzimy, że nie my robotnicy mamy wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Po na­szych plecach do władz weszli ludzie mający inne cele i że są to ludzie noszący w swych sercach nienawiść do Polski i Polaków, ale sprytnie przykrywają ją miłym, aczkolwiek sztucznym uśmiechem. Tak mówią dziś zawiedzeni i rozgoryczeni Po­lacy, którzy zawierzyli swym przywódcom i doradcom, którzy podobno byli namaszczeni do pełnienia wysokich funkcji we władzach. Czyż nie tak samo było przez całe dziesięciolecia w PZPR? Czy robotnicy, na których opierała się siła partii i którzy byli szkieletem i fundamentem partii, mieli coś do powiedzenia w tych naj­żywotniejszych sprawach Polski? Nie, oni niewiele mieli dopowiedzenia w najważ­niejszych sprawach kraju. Za nich decydowało grono osób, którym jak ojciec w te­stamencie dano wieczną władzę i monopol na wiedzę.

W widoczny sposób odchodzili od zasad i statutu partii. Wykorzystywali swe wysokie funkcje, by urządzić siebie i swoich najbliższych. Takich ludzi było dość sporo, podobnie zresztą jak obecnie w „Solidarności”. A tym, którzy nie chcieli do­łożyć ręki i nagiąć się do różnych brudnych spraw, wtedy i dzisiaj przypina się łatę „nie nasz”. Cóż mogli wtedy zrobić ci „nie nasi” i co teraz mogą zrobić ci współ­cześni „nie nasi”? Wtedy nawet nie mogli głośno mówić, że nie podoba się im i nie chcą uczestniczyć w tym brudnym interesie. Mogli zamanifestować swoje niezado­wolenie i rzucić legitymacje, i to zrobiło dość dużo osób. Co mogą dziś zrobić ci, co widzą zło w działalności swych kolegów?

Dziś mogą głośno protestować i nawet są tacy, co to robią, ale i teraz koledzy natychmiast dorobią im opinię, że przeszli na stronę „komuchów”. Niestety, u nas zapanowała moda, że każdą, choćby najbardziej słuszną krytykę, traktuje się jak osobisty atak, na który trzeba odpowiedzieć odwetem.

Gdy 16 lutego 2000 roku w Pałacu Staszica odbyła się oficjalna promocja mo­ich wspomnień z Libii pt. „Od łopaty do dyplomaty”, nie znalazł się nikt, kto wy­rażałby się negatywnie o moim pisaniu i dopiero kilka miesięcy później spotkałem się z krytyką. Do głosów krytyki, zawsze przywiązywałem dużą uwagę. Rozsądna krytyka jest twórcza i wręcz niezbędna, ale pod warunkiem, że krytykowany urząd lub człowiek, chce tych krytycznych głosów słuchać i wyciągać z nich wnioski. Kry­tyczne głosy moich czytelników, dotyczyły różnych elementów wspomnianej książ­ki i do żadnego z tych czytelników nie czułem pretensji, żalu czy złości. Był tylko jeden głos, z którym nie zgadzałem się, ponieważ czytelnik zarzucał mi, że piszę, gdyż chcę być sławny i że, mimo iż mój czas się skończył, ja rzekomo nadal chcę zaistnieć. Nie zgadzam się z tą opinią, bo uważam, iż jest wobec mnie fałszywa i nie ma w niej niczego wspólnego z prawdą. Dlaczego więc napisałem tamtą książkę? Dlaczego napisałem także tę książkę pt. „Trwale ślady”?

Od chwili, gdy rozpocząłem swą aktywną działalność związkową i później poli­tyczną, starałem się nie być biernym wobec otaczającej mnie rzeczywistości. Chcia­łem mieć prawo głośnego wypowiadania swojego zdania i własnych opinii na wie­le spraw. Jeśli człowiek żyje aktywnie, obserwuje i uczestniczy we wszystkim, co się wokół niego dzieje i stara się wyciągać z tego wnioski, to wówczas nie sposób mil­czeć i nie podzielić się tym ze swoimi przyjaciółmi i współtowarzyszami pracy j i działalności.

W burzliwym 1981 roku odbył się IX Nadzwyczajny Zjazd Partii. Polska lewica j wierzyła, że najwyższy organ władzy politycznej, wówczas Zjazd rządzącej partii,! zdoła wypracować program, który zaakceptuje cały naród, członkowie partii i bezpartyjni. Również ja nie byłem wyjątkiem i wierzyłem w taką możliwość, mimo, że prywalnie od członka Biura Politycznego, pierwszego sekretarza Białorusi, Maszerowa wiedziałem, że wśród członków ich Biura dojrzewa myśl, że tego ustroju da­lej nie należy umacniać. Doszli oni do wniosku, że przy tej gospodarce nie da się wypracować należytego poziomu życia ludzi i wcześniej czy później może dojść do rozruchów i siłowego obalenia tej władzy. To oczywiście było wielką tajemnicą czę­ści ich władzy, ale te koncepcje przenikały również do Polski.

Również u nas byli ludzie, którzy nie mieli już serca do dalszego powtarzania, że ten ustrój jest najlepszym ustrojem na świecie. My, lewica, zdawaliśmy sobie sprawę, że ta myśl drąży tę skałę bardzo mocno, jak krople wody spadające na ka­mień i z czasem może ona rozsadzić wszystko to, co do tej pory uznawane było za fundamentalne i nienaruszalne. I u nas też byli ludzie, którzy mówili, że „tak dalej być nie może”, ale nie mówili jednocześnie tak, jak ludzie „Solidarności”, że odrzucimy wszystko i na gruzach zbudujemy nową Polskę, ale uważali, że nie wol­no wyrzucać na śmietnik, również tego wszystkiego, co było dobre.

Nie wolno powtarzać, że socjalizm miał tylko same złe strony, bo przecież obok zła, były też dobre strony. Nawet sam papież Polak (polskojęzyczny zdrajca Polaków/admin) zdenerwował przywódców z Zachodu, gdy powiedział. Cytuję:

„W socjalizmie były liczne ziarna prawdy. Była opieka nad biednymi, mieszka­nia dla nich, oświata i służba zdrowia za darmo. A przede wszystko praca dla każdego, czego w obecnym ustroju nie ma”. A więc naszym zdaniem, należało to co dobre zachować, a wszystko co złe odrzucić. Ale takich rozwiązań bali się i w Ro­sji i u nas. Na to trzeba było odwagi i czasu, a tego drugiego wtedy już nie było. Opozycja robiła wszystko, żeby zdobyć władzę, a my żeby jej na razie nie oddać. Przecież żyją jeszcze ci członkowie naszego Biura Politycznego, którzy na własne uszy słyszeli jak Gorbaczow, będąc jeszcze Pierwszym Sekretarzem, mówił:

„Powinniście porozumieć się z opozycją i dopuścić ją do okrągłego stołu i do władzy”. Mówi to do nas Polaków w Polsce, gdy w prawie całej Polsce były już strajki. Skoro to mówił, to znaczy, że wiedział, co mówi, po co i do kogo. Świad­czyło to o tym, że Maszerow prawdę mówił, że u nich są takie ciche rozmowy i my­ślą o tym. Te fakty dowodzą niezbicie, kto i kiedy urodził koncepcję okrągłego stołu. W tym czasie, ja jeszcze głęboko wierzyłem i właśnie w tej broszurce pisałem o tym, że wszyscy ludzie pracy, bez względu na przynależność partyjną i związko­wą, powinni tworzyć program odnowy partii i związków. Po prostu Program Od­nowy Polski, ale na fundamentach socjalizmu, dlatego, żeby zachować jego doro­bek, który jest ludziom niezbędny i dobry. Szczególnie zwracałem się do delega­tów IX Zjazdu, gdyż ich uważałem za drożdże i zaczyn tej sprawy.

Ale na Zjeździe ta część delegatów, która należała do „Solidarności”, co inne­go miała już w głowie. Ich cele były inne. Intuicyjnie wyczuwałem, a było to popar­te notatkami Kiszczaka, ze głowę i mózg „Solidarności” stanowią nie Polacy. W strukturach „Solidarności” mieliśmy wtedy ogromną ilość konfidentów i każdy człowiek z jej kierownictwa był bardzo dobrze przebadany, włącznie z jego pocho­dzeniem. I mnie, jak powiedział prezydent Kwaśniewski, niewiele brakowało, abym wstąpił do „Solidarności”. Tylko, że ja, w odróżnieniu do całej masy mych kolegów robotników, dobrze wiedziałem, kto tworzy człon „Solidarności” i że wykorzystają robotnika Wałęsę, by uderzyć w podstawy konstytucyjne systemu socjalistycznego, Wiedziałem, że ta niepolska „Solidarność” zburzy to, co gwarantowała Konstytucja PRL-u, z jednej strony obowiązki państwa ludowego, a z drugiej prawa wszystkich

Zagwarantowany obowiązek zatrudnienia, obowiązek Państwa zagwarantowania zdobyczy, takich jak bezpłatne leczenie, dostęp do bezpłatnej nau­ki, mieszkania dla każdej rodziny, warunków do wypoczynku i godnych swiadczeń emerytalnych.

Dziś, po dwudziestu latach od tamtych wydarzeń, nie mam satysfakcji, że dokładnie przewidziałem dzisiejszą rzeczywistość. W ciągu całej powojennej historii państwo polskie nie było w tak złej sytuacji, jak jest obecnie. Odbywa się złodziej­ska wyprzedaż polskiego majątku narodowego w obce ręce. Zakłady produkcyjne. które zawsze, nawet w krajach wysoko rozwiniętych i kapitalistycznych, pozostają w ręku państwa, na przykład zakłady zbrojeniowe, w dzisiejszej Polsce, są sprzedawane pod płaszczykiem walki z pozostałościami komunizmu. Pod hasłem restruk­turyzacji sił zbrojnych trwa proces zmniejszania liczebności Wojska Polskiego do poziomu poniżej norm uznawanych w świecie za odpowiednie do liczebności na­szego narodu. Wobec wzrostu przestępczości, jakiego nie notowano w Polsce od czasu odzyskania niepodległości bytu państwowego w 1918 roku, Polacy nie czują się bezpieczni. Podejmowane przez nielicznych parlamenta­rzystów próby określenia ponad partyjnych zagadnień, które należałoby traktować dziś jako obronę polskiej „racji stanu” oraz „interesu narodowego” są traktowane jako nieistotne, a inicjatorów tego ponad partyjnego porozumienia z powodu ich właściwego podejścia do patriotyzmu, ośmiesza się i nie dopuszcza do pełnienia funkcji publicznych i państwowych.

Całe moje życie wiązało mnie z lewicą, bo ta z założenia ukierunkowana byta na walkę o sprawiedliwość społeczną. Sam na własnej skórze odczułem nienawiść ludzi, którzy z lewicą wiązali się nie z pobudek ideowych, ale tylko z chęci osiąga­nia profitów, jakie daje władza. Przykłady działania takich ludzi opisałem w roz­dziale mówiącym o działalności Komisji Skarg i Interwencji przy KC PZPR oraz w rozdziale „Stare kadry, stare metody”. Odczułem też nienawiść ludzi prawicy, którzy nie byli zdolni obiektywnie ocenić mojej pracy, a nienawidzili mnie tylko dlatego, że byłem człowiekiem lewicy. Jest to bardzo bolesne, bo etymologicznie człowiek prawicy powinien być człowiekiem prawym, a więc sprawiedliwie oceniać drugiego człowieka, nie na podstawie jego poglądów, ale na podstawie tego, kim jest i jak postępuje. Postępowanie tych ludzi, którzy z reguły przyznają się do wia­ry katolickiej, jest niezgodne z zasadami tej wiary, albowiem jest łamaniem jedne­go z kanonów tej wiary:

„Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”.

Ludzie prawi, obojętnie czy są ludźmi prawicy, czy lewicy potrafią przestrzegać tej zasady, bo wiedzą, że odstępstwo od niej prowadzi jedynie do niepotrzebnych i szkodliwych podziałów w narodzie. A przecież, gdybyśmy my, Polacy, wzajemnie się akceptowali i szanowali, to nic nie stałoby na przeszkodzie, abyśmy razem rea­lizowali wspólne dobro Narodu. Sam Jezus Chrystus nie raz gorszył faryzeuszów, gdy dawał przykłady takiego postępowania np. ucztując z celnikami. Czy my Pola­cy musimy zachowywać się jak faryzeusze, którzy siebie tylko uważają za sprawie­dliwych, a wszystkich pozostałych rodaków z pogardą osądzają? Również historia jest świadkiem, że Polska miała wielu wspaniałych synów, którzy mając przekona­nia lewicowe byli wzorowymi katolikami. Wystarczy dobrze przeczytać Katechizm Kościoła Katolickiego, by zauważyć, że nie ma sprzeczności między wiarą w Boga, a przekonaniami politycznymi.

Obecnie jestem w SLD i miałem okazję być na wielu zjazdach, kongresach i spotkaniach. I z przerażeniem zauważyłem, że na nich rej wodzą tacy ludzie jak Jerzy Wiatr, Stanisław Wroński, Jan Wieteska i inni im podobni, którzy nie powin­ni być w tej lewicy. Ci ludzie zawsze traktowali partię jako falę nośną do koryta władzy. To tych ludzi miałem na myśli pisząc list otwarty do Millera. Niestety i tu się zawiodłem, bo efekty tej walki są mizerne. Tak Leszek Miller, jak i prezydium SLD, pozostawili mój list bez odpowiedzi.

Na łamach prasy, pani profesor Maria Szyszkowska, pośrednio odpowiedziała na mój list w ten sposób, cytuję:

„W istocie mam poczucie pewnej śmieszności swoich działań. Byłam przekona­na, że osoby, których postępowanie zostało negatywnie ocenione przez Komisję Etyki nie znajdą się na listach wyborczych w 2001 roku. Fakt, że stało się inaczej, był dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem, bardzo przykrym. Wyznam, że mam w tej chwili poważny dylemat wewnętrzny. Bo nie rozumiem, po co partia powo­łuje Komisję Etyki, jeśli osoby ocenione bardzo źle przez tę komisję otrzymują po­parcie partii w wyborach.” Pani Maria Szyszkowska jest profesorem filozofem oraz Przewodniczącą Komisji Etyki Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a jej wypo­wiedź dotyczy znanych działaczy SLD.

Kto wobec tego w Polsce, może być dziś wiarygodnym adresatem apeli, postulatów i refleksji społecznych, czy wręcz przestróg narodowych? Adam Mickiewicz pisał:

Nasz naród jak lawa,

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi,

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do glębi

Ten wielki wieszcz narodowy, adresował ten apel do braci Polaków, a szczegól­nie do młodej generacji naszego Narodu.

Dzisiejsza walka o Polskę i byt Narodu Polskiego, według mnie, jest jeszcze trudniejsza niż była przez ostatnie dziesięciolecia, a nawet wieki. Bowiem w prze­szłości, kryterium wyboru było klarowne. Skoro Polska była w niewoli, polską ra­cją stanu i interesem narodowym, było uchronienie Narodu przed wynarodowieniem i odzyskanie niepodległości. Dziś mówi się, że III Rzeczpospolita odzyskała wreszcie wolność. Ale, o jaką wolność chodzi i dla kogo ona jest? Czy chodzi o peł­ną wolność, tzn. polityczną, ekonomiczną, kulturalną, religijną itd.? Czy te różne odmiany wolności służą całemu Narodowi, czy tylko wybrańcom?

Co na początku XXI wieku robi się z tą „wolną III Rzeczpospolitą”? elity polityczne, które do tej pory, nie raczyły zapytać własny Naród o zgode czy Polska ma stać się członkiem ponadnarodowego systemu politycznego Europejskiej, próbują na siłę wprowadzić naszą Ojczyznę w ten do końca układ. W tak niezwykle ważnej, o przełomowym znaczeniu dla naszej ( sprawie, nie pozwala się Polakom samym o sobie decydować. W czasie, gdy emeryci nie mają na leki, matki na wykarmienie swych dzieci, pod dyktando Brukseli polska władza przeznacza astronomiczne pieniądze na propagandę pro-europejską. 95% programów telewizyjnych przesycone jest nachalną propagandą w szkołach, samorządach i w każdej sferze życia publicznego, odbywa się pranie polskich mózgów. A tymczasem, ta przyszłość, którą nam gotują niesie wiele niewiadomych i wiele zagrożeń.

Dopiero teraz SLD wprawdzie wspomina o referendum, ale zaraz (wstąpienie do Unii Europejskiej jest jedyną i najlepszą drogą rozwoju Polski) propaguję się Unię, a jednocześnie nie wyjaśnia się Narodowi, co niesie ze wejście do Unii Europejskiej, jakie koszty już teraz ponosimy i jakie z te zagrożenia. A przedsmak tego Naród coraz bardziej odczuwa na własnej skórze.

Według mnie, największym zagrożeniem jest pomijanie całkowitym milczeniem kwestii uregulowania równowagi pomiędzy dwoma graniczącymi potęgami: Rosją i Niemcami. Od wieków, gdy Polska była na tyle potężna, by jako państwo buforowe utrzymać się w stanie tej równowagi, to zawsze byt to okres dobry dla rozwoju kraju. Ilekroć Polska równowagę tę traciła, a tak jest niestety dzisiaj, wówczas Niemcy i Rosja dogadywały się ponad nami, nie pytając nas o zdanie. Jak uczy wielowiekowe doświadczenie, zawsze był to okres dla Polski zły i najczęściej kończył się tragicznie.

Jeśli ktoś przeciwny temu rozumowaniu zarzuci mi, że myślę po staremu i że stare czasy już minęły, to każdemu takiemu „przed szkodą” i „po szkodzie głupiemu Polakowi” daję do przemyślenia przykład, tak rzadko pozytywnie ocenianego Władysława Gomułki. Gdy w latach sześćdziesiątych, w związku z postępującą normalizacją stosunków między Związkiem Radzieckim, a Republiką Federalną Niemiec, Nikita Chruszczow uznał, że najwyższym wyrazem tej normalizacji będzie mianowanie ambasadorem ZSRR w Bonn swego zięcia Adżubeja. który był redaktorem naczelnym „Izwiestii” /Prawdy/, wówczas polski przywódca wywołał burzę. Wystosował ostry protest, gdyż uznał, że dogadywanie się Moskwy i Bonn bez udziału Warszawy godzi w polską rację stanu i polski interes narodowy. I ten wielki przywódca wielkiego mocarstwa uznał, że musi ustąpić Gomułce. Zrozumiał rację Polski i nie chciał stracić w Polsce sojusznika. Do zacieśniania niemal rodzinnych stosunków, pomiędzy ZSRR i RFN nie doszło.

Pytam się więc, czy od 1989 roku, w „wolnej Polsce” znalazł się choć jeden taki przywódca? Dlaczego nikt, z oficjalnie sprawujących władzę w Polsce, nie raczy głośno powiedzieć, co jego zdaniem, w obecnym okresie historycznym jest polską racją stanu i polskim interesem narodowym? Nie jest trudno zmienić sojusznika nie jest też trudno znaleźć sojusznika nowego, ale trudniej jest zdobyć się na odwage i umieć wobec tego sojusznika walczyć o własną tożsamość narodową i obronić tę tożsamość. Na to jednak, żaden z ludzi obecnej elity władzy, zdobyć się nie może, nie potrafi lub po prostu nie chce. Myślę, że o te sprawy, które są najważniejsze dla każdego uczciwego Polaka walczyć będzie już nie moje pokolenie. Wszystkie te problemy spadną na barki młodych dziś jeszcze Polaków. Dlatego też ja, ro­botnik budowlany, działacz związkowy i partyjny, pracownik dyplomacji, zwracam dziś z apelem do młodych Polaków:

Młodzi! Polki i Polacy! Ojczyzna nasza stoi przed wyzwaniem początku XXI wieku. Tym wyzwaniem jest proces integracji Polski z Unią Europejską. Proces ten jest zagrożenie dla polskiej tożsamości narodowej poprzez utratę autonomiczści naszego państwa, do której dojść może w przypadku trwałej utraty równowagi politycznej pomiędzy dwoma ościennymi potęgami – Rosją i Niemcami. Jeśli negatywne poczynania nie zostaną w Polsce zahamowane i odwrócone, to wówczas przyszłe pokolenia Polaków będą musiały odzyskiwać wolność z bronią w ręku. Takiego scenariusza obawiam się najbardziej, kiedy z trwogą obserwuję polską scenę polityczną i zabiegi polskich elit politycznych. I dlatego właśnie dla was napisałem „Trwałe ślady”.

Młodzi Polacy, uczcie się historii własnego narodu, abyście jak najlepiej poznali najżywotniejsze dla własnego narodu potrzeby. Abyście nauczyli się, jak najtrafniej określać najlepsze dla naszego Narodu i Państwa sposoby i możliwości zapewnienia dobrej i spokojnej przyszłości własnych dzieci i przyszłych pokoleń. Wierze:, że jeśli nie pozwolicie odejść w niepamięć historii własnych przodków, to Polska trwać będzie w rodzinie Narodów Europy, bogata tożsamością własnego Narodu. Jestem z lewicy i czuję jak człowiek lewicy, ale przekonany jestem, że musi narodzić się nowa lewica, uczciwa i patriotyczna. Lewica patriotyczna, nie lewica kosmopolityczna. Lewica wolna od przywar, wad i grzechów lewicy mojego pokolenia, Lewica oczyszczona z łajdaków i karierowiczów. Wierzę, że taka lewica w imię dobra Narodu, to jest szerokich mas biednego i średniozamożnego społeczeństwa polskiego, potrafi wyprowadzić naszą Ojczyznę z grożących obecnie i przyszłości niebezpieczeństw. Myślę, że są tacy historycy, którzy historię traktują uczciwie i posługując się prawdą, nie tworzą wyimaginowanej historii pod zapotrzebowanie kolejnych elit. Wierzę, że spokojnie przeanalizują, przemyślą i napiszą prawdę, że okres PRL-u nie był czasem straconym. To nieprawda, że wszystkto, co z tego okresu pochodziło, było złe, jak często mówią niektórzy nawiedzeni prawicowcy.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, co by to było, gdyby po drugiej wojnie światowej. władzę w Polsce przejęła prawica. Wówczas Stalin, czyli Związek Radziecki, zająłby Polskę, tak jak zajął nasze wschodnie ziemie. Nikt z Zachodu złego słowa nie powiedziałby mu i nie stanął w obronie Polski. Już dużo wcześniej, nie pytając Polaków o zdanie, Zachód ułożył się ze Stalinem i oficjalnie zaakceptował jego pozycję podziału. Gdyby władzę w Polsce przejęła prawica, to ZSRR byłby zainteresowany, żeby państwo polskie było słabe i małe, a historycy dobrze wiedzą dlaczego. Na zachodzie, Polska miałaby granice po staremu i byłaby wtedy nie państwem, ale księstwem kadłubkowym. Są na to dokumenty, że nasi zachodni przyjaciele, bez sprzeciwu zaakceptowali wschodnią granicę i wcale nie walczyli o posunięcie Polski na zachód. Prawda jest taka, że to Stalin wymusił na zacho­dnich przywódcach, obecną zachodnią granicę Polski. A ze względów militarnych. Tego, co zabrali nam na wschodzie, nigdy nie bylibyśmy w stanie im odebrać. Ale to nie wszystko.

Jeszcze w latach 1981 -1986, gdy byłem członkiem Biura Politycznego, usłysza­łem z ust marszałka Kulikowa wręcz nieprawdopodobną historię, w którą wtedy nie uwierzyłem i nikomu z tego ani słowa nie powiedziałem. Bałem się, że ci, którym bym to opowiedział, potraktowaliby mnie jak chorego umysłowo, a i bez tego dorabiano mi niesamowite historie. Rok później, będąc na wczasach na Kry­mie w Związku Radzieckim, usłyszałem tę samą historię, ale w innym towarzy­stwie. Na tych samych wczasach, przebywał z nami ówczesny ambasador ZSRR w USA Dobrynin. Miesiąc wspólnego pobytu, to dość długo na zdobycie zaufania, a liczne wycieczki, plażowanie i długie kolacje, zbliżały ludzi. Jednego dnia Marian Woźniak, który wtedy był pierwszym sekretarz Warszawy i członkiem Biura Poli­tycznego, wyciągnął mnie na ryby w towarzystwie Dobrynina. Po dwóch godzinach łowienia, odszukał nas i dołączył generał Tadeusz Dziekan, wtedy pracownik KC PZPR. Kiedy panowie wypili pół litra pszenicznej, to rozmowa zeszła na okres wy­buchu wojny w 1939 roku. W pewnym momencie Dobrynin zaczął nam mówić to samo, co rok wcześniej, podczas kolacji w Gdańsku, powiedział mi Kulików.

Tak Kulików, jak i Dobrynin mówili o dowodach na to, że Związek Radziecki miał w sztabie Hitlera dwoje swoich ludzi. Jeden był Szwajcarem, a drugi Niem­cem. Na tego typu ludzi, Rosjanie nigdy nie żałowali złota i dolarów, bo uważali, że byli oni więcej warci, niż kilka dobrych dywizji wojska. Wiktor Kulików i Dobry­nin podkreślali, że wojny wygrywa ten, kto ma lepiej i wyżej umieszczonych szpie­gów. Z opowiadania obu Rosjan wynikało jasno, że  Kreml posiada wiedzę, iż na długo przed wybuchem wojny, Anglicy prowadzili liczne rozmowy z rządem Hitle­ra, w których sugerowali ratowanie pokoju w Europie kosztem Polski. Według wy­wiadu radzieckiego, Anglikom przyświecał tylko jeden cel, a mianowicie umocnie­nie swoich imperialnych celów kosztem Polski. Przy okazji, chcieli też umocnić swoją pozycją w Europie. Mówiąc jasno, rozmawiano o takim samym pakcie jak Ribbentrop zawarł z Mołotowem. Różnica polegała na tym, że Stalinowi udało się, a Anglikom nie.

W miejscowości Hosum w Szlezwik-Holsztynie, w pobliżu granicy duńsko-niemieckiej, w posiadłości Birgera Dahlerusa, w sierpniu 1939 roku, doszło do spo­tkania z Hermanem Goeringiem, generałem Bodensohatzem, Sekretarzem Stanu Kornerem i Radcą Ministerialnym Gertnerem. Generał Bodenschatz, 30 lipca 1939 roku, towarzyszył Goebbelsowi podczas jego wizyty w Warszawie i stal na czele misji, która przybyła do Gdańska w celu dokonania dyskretnej inspekcji i oceny fortyfikacji granicznych. Niemcy chcieli dobrze wiedzieć, jakie trudności napotkają ich oddziały, w pierwszym okresie zaatakowania Polski. Już wtedy w Szelzwiku-Holsztynie, Anglicy proponowali zwołanie konferencji czterech mo­carstw w monachijskiej obsadzie, oczywiście z wyłączeniem Polski. W całkowitej dyskrecji przed ministrem Józefem Beckiem, zastanawiano się, jak usunąć prze­szkodę pod tytułem „Polska”. Od lata 1939 roku do lata 1941 roku, odbyło się kil­ka spotkań na szczycie, na których Anglicy i Niemcy omawiali sprawy polskie, ale o sprawie niepodległości Polski, w ogóle nie było mowy. Sprawę tę starannie ukry­wano przed rządem Polski w Londynie, a szczególnie przed generałem Sikorskim.

Według relacji naszych radzieckich rozmówców, kiedy dowiedział się o tej sprawie Sikorski, to szykował się do męskiej rozmowy z lordem Halifaksem, ale zanim do niej doszło, Sikorski zginął w katastrofie na Gibraltarze. Radzieccy szpiedzy stwierdzali, że w ścisłym otoczeniu Sikorskiego był zamachowiec. O tym fakcie do­brze wiedziało kilka osób. Według Dobrynina, na podstawie faktów, można śmiało stwierdzić, że polskie sprawy omawiane były jeszcze przed Jałtą,

Ku rozczarowaniu Brytyjczyków, Hitler nie okazał zainteresowania propozy­cjom Anglików, gdyż pod naciskiem Goeringa stwierdził:

„Po co mamy dzielić się Polską z Brytyjczykami, jak całą sami weźmiemy?”. On wtedy już wiedział, że sam całą Polskę zdobędzie. Kolejną propozycję spotkania w sprawie Polski, w dniu 5 września 1939 roku, złożyły Hitlerowi Włochy, Anglia i Francja. Oficjalnym celem spotkania miało być omówienie postanowień wersal­skich, które są przyczyną poważnych napięć w Europie. Szczyty angielskiej władzy widząc bezskuteczność zabiegów swoich przedstawicieli w sprawie Polski zdecydo­wały, że na te rozmowy pojedzie sam lord Halifax. Tenże Anglik powiedział na tym spotkaniu, że:

„Doszliśmy do przekonania, iż pięćdziesięcioletni pokój światowy można by oprzeć na następujących fundamentach:

Niemcy są panującą siłą na kontynencie europejskim, ze szczególnymi w południowo-wschodniej Europie prawami”.„ Sam Dirksen, który udał się w tajnej misji do Berlina, był zaskoczony i rozczarowany brakiem zainteresowania Hitlera i Ribbentropa tym tematem. Zastępca Ribbentropa, Ernst von Wejzaecker sporządził własnoręcznie taką notatkę:

„Gdybyśmy tylko chcieli, to w sprawie podziału Polski moglibyśmy podjąć z Brytyjczykami rozmowy i układy”.„ Taka jest obiektywna prawda, mówił Dobrynin i kiedyś zostaną odtajnione archiwa brytyjskie i niemieckie. A wymowa tych faktów jest aż nazbyt czytelna, by nie zauważyć, że Brytyjczykom chodziło o taki sam układ, jaki w sprawie Polski zawarł Stalin z Hitlerem, podpisany przez Rib­bentropa i Mołotowa. Nie mylili się Kulików i Dobrynin, gdy mówili, że fakty te i tak wyjdą na jaw. Coraz częściej w Niemczech i Anglii spotkać można na ten te­mat publikacje książkowe. Szczególnie niemieccy autorzy opublikowali liczne fo­tokopie protokołów z rozmów i dokumentów. Anglicy, jakby wstydząc się tej czę­ści własnej historii trochę piszą, ale raczej ostrożnie.

Hitler uważał, że nie ma potrzeby kontynuowania rozmów z Anglikami, gdyż sam, bez ich pomocy zdobędzie wszystko. Z ich zachowania wysunął jednak wnio­ski i oświadczył, jak pisze Ernst von Waizaecker, że „Brytyjczycy nawet palcem niekiwną, gdy napadniemy na Polskę”. Jak wspomniałem, na zachodzie ukazało się już sporo publikacji na ten temat, ale widać, że obecnej formacji w Polsce niezbyt zależy na polskich tłumaczeniach, tak ważnych dla Polski spraw.

Myślę, że najtrafniejszą ocenę tych zdarzeń zawarli sami Niemcy w swych do­kumentach, cytuję:

„Tak się ułożyły losy Polski, że dwie żywotne dla narodowego bytowania decy­zje zawdzięczają Polacy dwóm dyktatorom: Arogancji Hitlera, bo zignorował fia­sko monachijskich zabiegów i propozycji Brytyjczyków wobec Polski. A Stalinowi granice na Odrze i Nysie”

Gdy wybuchła wojna w 1939 roku, państwa zachodnie dały niepodważalne do­wody, że chociaż usta miały pełne zapewnień o gwarancji dla Polski i chociaż mia­ły z Polską zawarte traktaty to, gdy Hitler napadł na Polskę, to żadne z nich nie stanęło w obronie Polski. I dziś jest podobnie, bo nikt na Zachodzie nie chciałby za Polskę, ani ginąć, ani nawet palca skaleczyć. Ktoś w tym miejscu powie mi, że przecież są traktaty pokojowe, które Polska podpisała, aby zagwarantować sobie pokój i bezpieczeństwo. A ja, na podstawie faktów historycznych twierdzę, że w przeszłości podpisywano mnóstwo traktatów i gwarancji pokojowych, ale tylko po to, żeby lepiej przygotować się do wojny i napaść z zaskoczenia. Przesadzam? A więc kilka faktów:

Polacy zamieszkujący Ziemie Odzyskane nie posiadają prawa własności, są tylko wieczystymi użytkownikami nieruchomości. Według zapisów w księgach wie­czystych, właścicielami są Niemcy. 13-go października 2000 roku, w czasie dysku­sji w Sejmie nad ustawą uwłaszczeniową, ówczesny Minister Spraw Zagranicznych – Władysław Bartoszewski powiedział:

„ (…) jeśli właściciele na ziemiach zachodnich czują się zagrożeni, to jest to ich su­biektywne odczucie. (…) nie istnieje bowiem zagrożenie, ani co do integralności granic Polski, ani co do własności Polaków, regulowanych polskim prawem. (…) Zagrożenie naszych granic mogloby się logicznie łączyć z zagrożeniem dla własności, ale suweren­ność Polski nad całym obszarem naszego państwa jest chroniona normami prawa mię­dzynarodowego „.

Czyżby wypowiadając te słowa pan „profesor” Bartoszewski zapomniał jak brzmi odnośny zapis w „Traktacie o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” zawartym między Polską, a Niemcami w dniu 17 czerwca 1991 roku? Punkt piąty tego traktatu brzmi:

„Obie strony oświadczają zgodnie: niniejszy Traktat nie zajmuje się sprawą obywa­telstwa i sprawami majątkowymi”.

Podczas tej samej debaty sejmowej, na której uspokajał Polaków minister Bar­toszewski, Waldemar Pawlak wprost zapytał:

„Dlaczego prezydent Aleksander Kwaśniewski i solidarnościowy rząd nie chca nadać Polakom prawa własności”.

Niestety, ani prezydent, ani nikt z rządu, nie raczyli udzielić odpowiedzi w tan ważnej kwestii. W takim razie może rzeczywiście obawy, co do przyszłości tycn ziem po wejściu Polski do UE są przesadzone? Odpowiedzi na to pytanie udzielają sami Niemcy. Oto 24 maja 1998 roku, minister Klaus Kinkiel udzielając wywia­du dla Frankfurter Algemeine Sonntagszeitung powiedział:

„Sprawa majątku wypędzonych nie powinna być łączona z rozmowami o rozszerze­niu Unii. Kwestia prawna jest dla rządu federalnego jednoznaczna. Sprawy majątkowe stanowią problem bilateralny i są nadal otwarte”.

Wypowiedź ta była jakoby preludium do Rezolucji, jaką trzy dni po tym wywia­dzie przyjął Bundestag (Parlament) Republiki Federalnej Niemiec:

„Niemiecki Budestag apeluje do rządu federalnego, aby aktywnie kontynuował swą niezmienną politykę w stosunku do Niemców wypędzonych z ojczyzny, przesiedleńców i mniejszości niemieckiej na Wschodzie, i aby nadal skutecznie reprezentowal uzasadnio­ne interesy tych grup”. (…) „Niemiecki Bundestag podziela pogląd rządu federalnego -oraz wszystkich poprzednich rządów federalnych – który wypędzenie Niemców z ich odziedziczonych ojczyzn w związku z zakończeniem II wojny światowej zawsze traktowal jako wielką niesprawiedliwość i jako sprzeczne z prawem międzynarodowym”.

Co oznacza sformułowanie „sprzeczne z prawem międzynarodowym” 6 lipca 1998 roku wyjaśnił Kanclerz Niemiec – „orędownik pojednania polsko-niemieckiego” – Helmut Kohl:

„Czlonkostwo w UE oznacza również przyjęcie jej prawodawstwa”.

Kropkę nad „i” postawił rzecznik rządu federalnego, który na pytanie o ro­szczenia wysiedlonych wobec Polski, oficjalnie oświadczył:

„Rząd niemiecki traktuje sprawę jako otwartą”.

Minęły cztery lata, zmieniły się rządy, a sprawa własności Ziem Zachodnich , nadal nie została rozwiązana. Kolejne rządy i prezydent Kwaśniewski jako priory­tet uznały wejście Polski do Unii Europejskiej. Czyżby nie chcąc drażnić naszych zachodnich sąsiadów unikają definitywnego rozwiązania kwestii suwerenności Polski i nienaruszalności jej granic? Wobec takiej uległości, a wręcz podkładania się polskich przywódców, nikogo nie może dziwić coraz większe rozzuchwalenie w swoich roszczeniach strony niemieckiej.

22 i 23 czerwca 2002 roku Polskie Radio i TV, we wszystkich dziennikach poin­formowały, że w Niemczech coraz większą rolę odgrywają ci, którzy otwarcie doma­gają się anulowania dekretów, na mocy których po zakończeniu II-giej wojny świa­towej z Polski wysiedlono ludność niemiecką. Niemcy z naciskiem podkreślają, że chcą wrócić na swoją ziemię! Myślę, że powyższe fakty wystarczą by przekonać tych, którzy dotąd uważali, że przesadzam w swych obawach. Wątpliwa to jednak saty­sfakcja z przekonania kogokolwiek, jeśli nadal mam poważne obawy. Chciałbym wiedzieć, kto zagwarantuje Polakom, że Żydzi i pół-Polacy oraz cała zgraja Żydofilów, któregoś dnia, w imieniu Narodu, nie zmieni zdania i nie uchyli tych dekretów?!

Wróćmy jednak do przerwanego wątku i dywagacji na temat możliwych scena­riuszy w powojennej Polsce. Na podstawie przedstawionych faktów możemy przy­puszczać, co by było gdyby w powojennej Polsce władzę objęła prawica. Spróbuj­my jednak dalej podrążyć ten temat i pomyśleć jeszcze o innym rozwiązaniu. Gdy­by wtedy władzę wzięli kapitaliści i nie byłoby socjalizmu, to co by to oznaczało dla zwykłych, a szczególnie biednych ludzi?

Kto na przykład rozwiązałby kwestię mieszkaniową po wojnie? A przecież mię­dzynarodowe statystyki zapisały, że jeśli idzie o substancję mieszkaniową, to Pol­ska była aż 48 razy więcej zniszczona niż Francja.

Najlepszą jednak odpowiedź udzieliło nam Polakom dwanaście lat transforma­cji w Polsce. Mamy kapitalizm, a jeszcze dziesięć lat temu mieliśmy ogromny po­tencjał budowlany, przemysł i kadry. Nie było tak jak po wojnie, gołe ręce, gorące serca i zapał do pracy. Przez dziesięć lat tego nowego, kapitalistycznego ustroju, zbudowano tyle mieszkań Polakom, co w czasach Gierka zbudowano przez jeden rok. W dodatku duży procent z tych nowo zbudowanych mieszkań stoi puste, gdyż ludzie nie posiadają tylu pieniędzy, by je kupić. . A w tym samym czasie, w mieszka­niach, które dzisiejsi dziadkowie otrzymali od Polski Ludowej, często jak śledzie mieszkają trójpokoleniowe rodziny. Mówią, że mają jeszcze szczęście, bo wielu im podobnych zostało już wyrzuconych na kapitalistyczny bruk. Wyobraźmy sobie te­raz, ilu byłoby obecnie bezdomnych, gdyby nie te mieszkania z okresu PRL-u i gdyby nie wyciąganie wtedy z „bieda chałup” obecnych mieszczuchów.

Czy ktoś zaprzeczy, że gdyby nie mieszkania wybudowane w Polsce Ludowej, to dziś problem oczekujących na mieszkania byłby o wiele bardziej tragiczny? Szansę na komunalne mieszkanie mają obecnie tylko nieliczni, ponieważ pieniądze podat­nika nie idą na autostrady, mieszkania, służbę zdrowia czy oświatę, ale w zdecydo­wanej większości na pensje tych nowych kapitalistów, o których, jak pisała prasa, trafnie powiedział Przewodniczący „Solidarności”, Marian Krzaklewski:

„Teraz kurwa my!…”. (My to znaczy, – kto? My Polacy! Czy  my Żydzi – panie „Krzaklewski”?).

Na całym świecie, a więc również w Polsce, naturalnym pragnieniem ludzi jest taki ustrój, który gwarantowałby system sprawiedliwości społecznej. Żeby nie byto w nim aż takich biegunów biedy i bogactwa. To jest przyczyna, że ludzie żyjący w państwach, gdzie brakuje sprawiedliwego podziału dóbr, tak chętnie popierają wszelkie przemiany ustrojowe, które przynajmniej dają nadzieję na to, że nowa władza będzie bardziej uczciwa i sprawiedliwa. Dlatego właśnie, wszelkie rewolucyjne hasła były witane jako dobre i swoje, gdyż w swoich programach zawsze głosiły sprawiedliwość społeczną. I zawsze z taką rewolucją, z takim nowym ruchem! i na plecach takiej nadziei zabierali się ludzie, którzy w takich okazjach widzieli falę nośną, która wyniesie ich do władzy i pieniędzy. Ci obłudnicy do perfekcji opa­nowali znajomość haseł, które są miłe masom, a gdy masy im zaufały i dały im władzę, to szybko umacniali się na swych posadach i zapominając o hasłach troszczyli się tylko o własne płace i przywileje.

Na całym świecie nie maleje ta masa ludzi tęskniących za sprawiedliwym ustrojem, za życiem i pracą, za poczuciem bezpieczeństwa socjalnego. Ludzie i cale narody wciąż wierzą głęboko, że nawet najgorsze zło przemija, że co jakiś czas padają niesprawiedliwe ustroje, nawet te, które wydawało się, że są tak bardzo mocnej iż sanie do obalenia. Powstają nowe, aczkolwiek nie zawsze lepsze od poprzedniejszego, bo wszystko zależy od ludzi, którzy są przy władzy. Nie ma idealnych ustrojów! i nawet twórcy obecnego kapitalizmu sami przyznają, że ich kapitalizm nie jest doskonały, ale zaraz dodają, że na razie lepszego nikt nie wymyślił. Ale nie do końca mówią prawdę, bo nie wspominają, że ten kapitalizm z końca XX wieku zmodyfi­kowali i unowocześnili właśnie pod wpływem zmian dokonanych w świecie, w wy­niku Rewolucji Październikowej i zdobyczy bloku byłych państw demokracji ludo­wej. Prawo wyborcze dla kobiet, dla Murzynów, Mulatów i Azjatów większość państw kapitalistycznych ustanowiła dopiero między pierwszą, a drugą wojną świa­tową. Niemała część tych praw, jako wartości ogólnoludzkie i niepodważalne, zo­stały uznane przez kapitalizm dopiero wiele lat po drugiej wojnie światowej. Jeśli nawet uznać, że na razie nikt lepszego systemu od kapitalizmu nie wymyślił, to wcale nie znaczy to, że nie trzeba o tym myśleć.

Warto w tym miejscu zauważyć, że w trakcie tych poszukiwań trzeba zwrócić uwagę na to, co stanowi fundament kapitalizmu i socjalizmu. Mówiąc skrótowo, kapitalizm, jak sama nazwa wskazuje, szczególną uwagę zwraca na pojęcie kapita­łu, który jest najwyższą wartością. W socjalizmie natomiast jest „socjal”, co ozna­cza bezpieczeństwo socjalne konkretnego człowieka. A więc z jednej strony „kapi­tał” – rzecz, a z drugiej człowiek – osoba.

Wsłuchując się w głosy narodów świata, a szczególnie ludzi młodych, możemy dowiedzieć się, czego lęka się zdecydowana większość ludności świata i czego oczekuje od sterników polityki światowej. Coraz głośniejsze słychać głosy, że lu­dzie nie chcą żyć w ciągłym strachu, dość mają biedy i poczucia zagrożenia. Z nadzieją oczekują systemu, który zagwarantuje, że bez względu na to, czy jesteś bogaty, czy biedny, nikt nie będzie mógł tobą pomiatać jak śmieciem. A świat dzi­siejszy daje liczne dowody, że nie tylko pojedynczy ludzie lub grupy ludzi, ale cale narody są pogardzane za swą biedę przez resztę świata. W sercach tych ludzi na­rasta gniewna fala, z której rodzi się bunt upokarzanych przez małe garstki ludzi, którzy rządzą światem i zagarniają dla siebie wszystkie dobra. Nawet taki autory­tet jak Papież mówi o obowiązku dzielenia się z tymi biednymi, z których wyzysku i pracy żyją rządzący. Ale i na ten głos są głusi i nadal gromadzą bogactwa, tyrani­zują świat i z obojętnością przyglądają się, że miliony ludzi umiera z głodu i nędzy.

Trzecim rozwiązaniem może być droga, którą poszły Chiny. To, co obecnie dzieje się w Chinach napawa strachem kapitalistycznych sterników. Wielu oburzy się i powie, że jest to egzotyka, o której nie można mówić pozytywnie. A jednak obserwując wieloletnią ewolucję i stały rozwój poziomu życia w Chinach trzeba przyznać, że właśnie takie rezultaty odpowiadają tęsknotom wielu partii i wielu narodów. Nie dziwię się, że młodzi ludzie powielają i przekazują z rąk do rąk skrót referatu premiera Chin o wytycznych na lata 2001-2005.

Obserwując historię narodów, nie trudno zauważyć pewną prawidłowość. Otóż tak dziwnie układają się losy narodów, że tam, gdzie jakaś mniejszość narodowa nachalnie sięga po władzę i po dobra wypracowane przez naród, którego jest go­ściem, a jednocześnie gardzi tym narodem, to wcześniej niż później naród powie dość tego. Daliśmy wam gościnę, a wy w ten sposób się odpłacacie? Takich u sie­bie nie chcemy! A w starciu z tym gniewem narodu, nikt nie wygra, a już z pewno­ścią nie ci, przeciwko którym ten gniew się skieruje. Na nic się zdadzą przygotowane zabezpieczenia. To nic, że mają władzę i prawo przez siebie ustanowione. Te­go prawa i tej władzy zagniewany naród nie uszanuje, bo nie dla jego dobra zosta­ły ustanowione. A więc ta siła władzy mniejszości jest złudna, bo wystarczy iskra, by całe systemy padały i nie tak zabezpieczone, a cóż dopiero mniejszość przeciw­ko większości. Co jeden wymyśli i zrobi, to inny jest w stanie wymyślić, jak to oba­lić i obali.

Ten nowy system, który stworzą nowi ludzie nie musi być kopią z historii, czy być zabarwiony na czerwono lub niebiesko. To może być barwa bardzo narodowa. oparta na chrześcijańskiej tradycji. Przecież nie raz Jan Paweł II wspomina o sy­stemie gospodarki rynkowej opartej na zasadzie solidaryzmu społecznego. Jakże bliskie jest to i patriotom z lewicy, jak i z prawicy. A takie myśli dojrzewają na świe­cie, a szczególnie wśród młodych ludzi. Coraz więcej jest na ten temat w prasie światowej, mimo, że bardzo nie podoba się to możnowładcom rządzącym tym światem. Wiele sław naukowych popiera te poglądy i sprzyja tej myśli. Dziś pro­blemem numer jeden w Polsce i na świecie są dwa problemy:

Dach nad głową i praca. Tymczasem w Polsce wyrzuca się rodziny na bruk i jak niedawno podała telewizja, z tego powodu zanotowano już 5,5 tysiąca samobójstw, a można spodziewać się, że będzie jeszcze gorzej, gdy w życie wejdzie ustawa o uwolnieniu czynszów. Oznaczać to będzie, że tak jak w XIX wieku właściciel bę­dzie dyktował dowolny czynsz i jeśli lokatora nie będzie stać na zapłacenie, to bę­dzie miał prawo wyrzucić go na bruk.

Kto wymyśla takie prawo, które skierowane jest przeciwko narodowi? Komu na tym może zależeć, żeby Polacy nie mieli dachu nad głową i stali się wygnańca­mi we własnej Ojczyźnie? A przecież codziennie w Polsce nadal dzieją się te tra­gedie. Ja sam, będąc tego roku na Mazurach, zetknąłem się z tragicznym skutkiem tej potworności, gdy młoda matka z półroczną córeczką rzuciła się pod pociąg. Pi­sałem o tym w jednym z wcześniejszych rozdziałów. I tu chcę przypomnieć elitom rządzącym, że w Polsce nawet przedwojenny kapitalizm nie był tak nieludzki i je­śli spełniony był chociaż jeden z dwóch przypadków, to nie wolno było eksmitować z mieszkania. Pierwszy to fakt, że wszyscy w tej rodzinie są bezrobotni, mimo, że starają się o pracę. I drugi, jeśli określono, że ta rodzina ma biedę absolutną i to nie z jej powodu, ale braku pracy. W Polsce, gdzie podobno prowadzi się prorodzinną politykę, tych ograniczeń nie wprowadzono, mimo, że coraz więcej ludzi pozostaje bez pracy. To jest gorzej niż średniowiecze.

Obecnie poza Polską, we wszystkich krajach kapitalistycznych wszyscy ludzie bezrobotni są objęci tzw. minimum socjalnym, z którego całkiem przyzwoicie moż­na nie tylko wyżyć, ale opłacić mieszkanie i utrzymać samochód. To tylko w Pol­sce mógł się pojawić taki dziwoląg będący owocem twórczości prawicy, tzw. „Kuroniówka”. Jest to jałmużna, która nie wystarczy na godne przeżycie, ale skutecz­nie upodli. A i ta jałmużna jest ograniczona w czasie, bo kiedy już wystarczająco upokorzy się nieszczęśnika, to wtedy nie daje się nic i pozostawia się jego i jego ro­dzinę własnemu losowi. Dla poprawienia nastroju rządzących statystyki obejmują tylko tych, którzy „mają prawo do kuroniówki”. Zaiste, jest to najdziksza forma kapitalizmu, jaką udało się wcielić w życie u progu Trzeciego Milenium. Coś takiego mogli wymyślić tylko ludzie, którzy śmiertelnie nienawidzą Polaków i pragną ich zguby.

Nie jest to jednak wynik głupoty elity władzy w Polsce. Jest to przemyślana forma eksterminacji części społeczeństwa, któremu w normalnych warunkach nale­żałyby się godziwe renty i emerytury, na które zresztą sami sobie ciężko przez ca­le życie zapracowali. Ale, po co płacić? Można tak ustawić ceny lekarstw i usług medycznych, tak pogmatwać w służbie zdrowia, żeby biedny emeryt prędzej umarł, niż zrozumiał, o co tu chodzi. A może to tylko przypadkowa zbieżność z wizjami świata rysowanymi przez światową masonerię? Przecież oni nie kryją swoich po­glądów mówiących, że światu nie potrzebna jest tak duża liczba ludzi. Trzeba ich leczyć, nakarmić, dać im mieszkania i pracę.

Trzeciej wojny światowej nie wywołają, bo technologie zabijania są już tak rozwinietę, że może nie być ani zwycięzców, ani pokonanych. Lokalne wojenki są dobre, bo trochę ludzi wyginie, a i zyski z produkcji zbrojeniowej są nie małe. Należy j więc, stworzyć takie warunki, w których duża część ludności świata, nie tylko Polski, została wciągnięta w pułapkę światowych finansów, z których nie ma wyjścia. To głównie ekonomia stała się orężem światowej masonerii w masowej ekstermi­nacji wielu narodów świata. Już dawno bowiem postanowili, że wystarczy 50% tej ludzkości, która obecnie zamieszkuje ziemię.

W grudniu każdego roku czcimy pamięć tych, co oddali swe życie za wolną i spra­wiedliwą Polskę. To dobrze, że o nich pamiętamy. Źle jest jednak, że ta rocznica sta­je się okazją do dzielenia na swoich i obcych, na porządnych Polaków i nieporządnych. Że znajdują się tacy, którzy pamięć o tych poległych traktują instrumentalnie i wykorzystuj ą jako oręż do walki, do bezczeszczenia pamięci tych złych i uświęcania tych dobrych. Dobrze, że pamiętamy o masakrach robotników z okresu PRL-u, bo ta pamięć jest jak bolesna przestroga, nad którą trzeba się zadumać i zastanowić.

Źle się jednak dzieje, gdy jednocześnie zaciera się milczeniem, omija rocznice i udaje, że nic się nie zdarzyło i nikt nie złożył ofiary z życia w naszej polskiej państwowości w okresie np. II Rzeczpospolitej.

Są mogiły, na których nikt nie składa nawet skromnego kwiatka i są poległ i, za których w żadnym kościele nie odprawia się Mszy Świętej, chociaż i oni oddali swoje życie, oddali za te same ideały. W tym miejscu chciałbym i o nich przypo­mnieć, chociaż te daty i fakty są dostępne dla każdego Polaka, który uda się do ar­chiwów akt dawnych i nowych.

Oto 21 listopada 1918 roku w kopalni „Saturn” w Czeladzi, zastrzelono 5 gór­ników, a w majątku Kozłowo, powiat Płock, zastrzelono 8 robotników rolnych. W listopadzie 1923 roku, na fali postulatów socjalnych miały miejsce krwawe wy­darzenia krakowskie. Zabito wtedy 18 cywilów i 14 żołnierzy, a rannych od kuł by­ło aż 200 osób. W Borysławiu zastrzelono 3 robotników, a w Tarnowie 5. 9 lutego 1926 roku, w Kaliszu zastrzelono 9 bezrobotnych domagających się pracy.

W okresie od 21 czerwca do 9 lipca 1932 roku, w powiecie Lesko dochodzi do starć chłopów z wojskiem i policją, w których od kuł ginie aż 90 osób, a ponad 100 osób otrzymuje wyroki więzienia. W połowie 1933 roku, władze sanacyjne usiłowa­ły przeprowadzić pacyfikację wsi w powiatach:

Ropczyce, Rzeszów, Łańcut. Zabito wtedy 40 chłopów i ciężko raniono ponad 400. 20 i 21 marca 1936 roku, w okolicach krakowskiego Barbakanu, policja zabi­ła 8 osób i raniła 25.16 kwietnia 1937 roku, pod Racławicami, z okazji rocznicy bi­twy zebrało się 12 tysięcy chłopów. Rozpędzając tę uroczystość, policja zabiła 3 chłopów. 15 sierpnia 1937 roku, podczas manifestacji w Małopolsce, gdzie chiopi domagali się demokratyzacji ustroju i uczciwych wyborów, od kuł policji ginie 41 chłopów.

Wielką historyczną wymowę ma ofiara Polaków poległych w czasie bratobój­czych walk, podczas antykonstytucyjnego zamachu stanu, w dniach 12 i 14 maja 1926 roku. Różnie oceniany przez historyków zamach, co do następstw, ma jednak jednakową ocenę. Jak piszą historycy, dał on początek faktycznej dyktaturze w Polsce, z jej fatalnymi dla kraju skutkami. A zginęło w tym zamachu 379 Polaków. W moim odczuciu, ofiary krwi Polaków, nie można mierzyć różnymi miara­mi, bo wszyscy byli synami tej samej Ojczyzny. A już na pewno, te ofiary, nie mogą być wykorzystywane do wzajemnego obrzucania się przekręconymi pod doraźne potrzeby faktami.

My, którzy dzięki nim żyjemy, musimy jednakowo czcić pamiętać wszystkich! zabitych Polaków, bo wszyscy oni byli naszymi braćmi, tej samej Ojczyzny Matki. Nie może to być jeden z tematów tabu. Ta pamięć ma wyrażać należną poległymi Polakom dziejową sprawiedliwość. Przerzucanie się tymi faktami /ofiarami tamtych lat/ przez lewicę i prawicę, a także niezrozumiały brak porozumienia w podejściu do żywotnych interesów Polski, nasuwa Narodowi odpowiedź, którzy rzeczywiście są lewicą, a którzy prawicą. Oceniając jednych i drugich po owocach ich pracy, tylko jedno można stwierdzić:

Ani prawica nie jest prawicą, ani lewica nie jest lewicą.

 

 

Komentarze 3 to “Ja, robotnik budowlany, zwracam się do Was. Albin Siwak”

  1. Darek Says:

    „Elity Władzy w Polsce”…

    Wypraszam sobie takie formy wypowiedzi, gdyż słowo „ELITA” zupełnie nie pasuje plebsowi i prostactwu jakim nacechowana jest „nasza” chciwa i beznadziejnie służalcza oraz głupia tzw. „władza”.
    Co do mas robotniczych – posiadały one siłę w czasach gdy istniały zagłębia „mas”. Te celowo rozmontowano, w obawie o ich sprzeciw…

    – Gdzie huty, stocznie i kopalnie?
    – Gdzie kolejarze, energetycy, lub nauczyciele?..

    Wszystkie te potężne związki zostały rozbite na tysiące małych spółek i podwykonawców tak, by nie stanowiły jednolitej i zwartej masy zdolnej sprzeciwić się „planistom”.

    Myślę że „architekci” nowego modelu świata nie doceniają masy przeciwko której przyszło stanąć im w szranki…

    Za maluczcy jesteście, i długo jeszcze będziecie musieli pracować nad waszym (celowo z małej litery) chorym planem upodlenia ludzi na Świecie. Mieliście szanse…

    Igracie z ogniem, – Uważajcie na konsekwencje.

  2. Boryna Says:

    Takich zniszczeń przemysłu nie dokonała II wojna światowa. Rolnictwo polskie przeżyło okres twardych dostaw obowiązkowych i tworzenie na silę kołchozów za czasów Stalina, ale dziś zniszczono chłopów i wieś genialnie. To są rządy antypolskie.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: